Bruno i porno

Jurij Andruchowycz

5/
Fantazja nie może żyć bez erotyki, a erotyka bez pornografii. Cóż to za idiotyzm – usiłować wyznaczyć granicę i oddzielić jedną od drugiej!
Astę Nielsen, duńsko-niemiecką gwiazdę kina niemego, która drobnym chłopięcym cieniem wślizguje się w gęstą, duszną atmosferę schulzowej Nocy lipcowej, w ówczesnych Stanach niezmiennie i drastycznie cenzurowano. Linia przecięcia kliszy miała oznaczać podział na dozwolone i nie. W istocie było to cięcie żywego organizmu.
Pornografia Schulza to „cały bezmiar metod heretyckich
i występnych”. „Metoda” to właśnie to, idealnie odpowiednie słowo. Praktyki pornograficzne są ogólnie rzecz biorąc nieustannym poszukiwaniem nowej, dotychczas nie stosowanej metody dla osiągnięcia jednego i tego samego skutku. Innymi słowy, nieustannym poszukiwaniem nowych wariacji (i wariactw, i dewiacji) na jeden i ten sam temat.
To jedna z form naszej instynktownej obrony przed nudą tego, co ogólnie przyjęte. Ostatnia ucieczka ojca, ta kafkowska Przemiana na opak to zwycięska pieśń niezłomnego pornografa.
Schulz jest pornograficzny w samej swojej istocie, a nie tylko wtedy, kiedy niezliczonymi porcjami maluje wciąż nowe wariacje na temat sadystek i masochistów. Czyli senator Maksymilian Tulli, który w 1928 roku bezskutecznie usiłował zabronić wystawy Schulza w Truskawcu, sam się zapewne nawet nie domyślał, jak wiele racji jest w jego głupim
i publicznie wyśmianym oskarżeniu. Schulz jest pornograficzny w swojej przesadzie, w swoim fantastycznym nadmiarze,
w swoim onanistycznym marnotrastwie i doprowadzonej do ślepego zaułka doskonałości swojego artystycznego wyrafinowania. Sam jest dla siebie rafinerią.
Czy jest także sam dla siebie synagogą? Innymi słowy, jak wyglądają u niego kwestie religii? Pornografia jako jedna z form herezji i zapewne grzechu to świadome nihilistyczne wyzwanie czy słabość i bezsilność człowieka ujarzmionego?
8 lutego 1936 roku Schulz wciela w życie swój osobisty koniec – porzuca religię żydowską w imię przyszłego małżeństwa (do którego, dodam, i tak nie doszło)
z katoliczką. Trudno powiedzieć, czy ciągiem dalszym tej operacji plastycznej miał być chrzest. Ale nawet jeśli tak, to nie miałby on żadnego znaczenia dla jego zabójców. Można powiedzieć, że swoimi strzałami w Schulza esesman Karl Günther3 na powrót zapędził go do synagogi. Niekoniecznie tej samej, największej w Galicji. Ale na pewno tamtej, na wpół zrujnowanej, w której do dziś szukają schronienia spłoszone stada nieznanych ptaków.

6/
Schulz, jego ciało, upadł na rogu ulic Mickiewicza i Czackiego. Leżał tam jeszcze przez kilka dni i nocy, zastygając
i martwiejąc – jakby wszystkim na złość nagle zapragnął sprostować własną tezę o tym, że „martwota jest jedynie pozorem, za którym ukrywają się nieznane formy życia”. Teraz cała nadzieja wyłącznie w tym, co „nieznane”.


3. O ile był to właśnie Karl Günther, a nie któryś z jego koleżków, rozochoconych spontaniczną strzelaniną do przypadkowych Żydów.


Przekład z języka ukraińskiego Katarzyna Kotyńska.

Tekst pochodzi z książki Jurija Andruchowycza „Leksykon miast intymnych” (Meridian Czernowitz, 2011).