Bruno i porno

Jurij Andruchowycz

3/
W istocie Schulz i Drohobycz to nie taka znów bezpośrednia relacja.
Najwięcej bezpośredniości widać co najwyżej na poziomie biograficznym. Nie zważając na wszystkie życiowe wojaże – do Wiednia, Warszawy, Krakowa czy Zakopanego, Schulz
w nieunikniony sposób powracał. To nie tyle świadomy wybór, ile nieuniknioność właśnie. I nie próbował się jej przeciwstawiać. Schulz nie tylko urodził się i żył w Drohobyczu – na dodatek jeszcze w nim umarł.
Nikt inny nie umierał z tak wyrazistą dokładnością topograficzną, z tak przenikliwym efektem obecności w swoim mieście i miejscu. Nikt inny nie leżał, już będąc trupem,
w samym jego centrum, na rogu ulic Mickiewicza i Czackiego, przez kilka dni i nocy, póki jego niewielkiego i ptasiego, zesztywniałego na listopadowym chłodzie ciała nie ciśnięto do wspólnego żydowskiego dołu, na samo dno innego, podziemnego Drohobycza. Nikt z tych, którzy mają dziś w Drohobyczu swoje pomniki, tutaj nie umarł.
Drohobycz to miejsce dziwnego zgromadzenia pomników, swego rodzaju ekumenizmu pamięci. Jak można wyczytać,
w mieście odsłonięto pomniki Jurija Drohobycza, Stepana Bandery, żołnierzy-internacjonalistów, 2000-lecia chrześcijaństwa, Markijana Szaszkiewicza, Wasyla Stefanyka, Iwana Franki, Tarasa Szewczenki, papieża Jana Pawła II. Gotowy materiał na kpiny, wystarczy chcieć.
Co do Jurija Drohobycza, jak się mawia w takich przypadkach, wątpliwości brak – zrządzenie Opatrzności. Nieźle łączy się ze sobą również cała czwórka ukraińskich klasyków, chociaż jak na stutysięczne miasto jest ich być może zbyt wielu:
w niektórych milionowych nawet dwóch się nie znajdzie. Pomniki papieża i 2000-lecia chrześcijaństwa też jakby nie stoją wobec siebie w sprzeczności. Ale jak ma się łączyć tenże papież ze Stepanem Banderą? A Bandera z żołnierzami-internacjonalistami? Jak mają się łączyć żołnierze-internacjonaliści z papieżem?
A nijak. Już się łączą i współistnieją we wspólnej przestrzeni, to już jest pojednanie – może mimowolne, ale dokonane.
Za to Schulz nie ma pomnika (ciekawe, jak by taki pomnik wyglądał?), ma płytę w swoim miejscu – tam, gdzie przez kilka dób leżało, nabierając trupioszarej żółci i sztywniejąc, jego małe, szczupłe ciało. I kieszeń jego palta odstawała, wypchana świeżo zdobytym bochenkiem chleba, i kiedy ten esesman już zaczynał do niego strzelać, Schulz zdążył wcisnąć bochenek do kieszeni, żeby nie wypuścić go z rąk, gdy będzie padał na brudny, jesienny bruk.

4/
Biografia biografią, a tekst tekstem. Na ile proza Schulza to „opis Drohobycza”, warto jeszcze podyskutować. Tak, wszędzie w niej wyczuwalne jest miejsce akcji – najgłębsza bazyliańska prowincja, zakamarki końca świata. Ale czy koniecznie właśnie drohobyckie, a nawet właśnie galicyjskie? Tak, w Genialnej epoce jest trochę drohobyckich konkretów topograficznych – sam przecież czytałem na głos niektóre urywki o placu św. Trójcy na tymże placu1. Ale jak ich
w istocie niewiele, jak bardzo Schulz nie ma ochoty nosić kaganka uczciwego miasteczkowego kronikarza, literackiego autorytetu lokalnego znaczenia!
I nawet mimochodem przywołane realia geograficzne, jakaś rzeka Słotwinka czy miasto Bolechów albo nawet „ciepłe mołdawskie wiatry” służą raczej zaspokojeniu jego maniakalnej potrzeby egzotyzacji, udziwniania, komplikowania. Mołdawia to nie po prostu część Rumunii, to coś na Południu, to, być może, coś w rodzaju Afryki.
A wzmianka o jej ciepłych wiatrach dorównuje tej o gorącym sirocco, które od czasu do czasu zasypuje rzymskie ulice czerwonym piaskiem z Sahary.
Schulz to egzotysta i do bólu w trzewiach mało mu Drohobycza takiego, jakim jest. Nawet jeśli znajdujemy
u niego Drohobycz, to jakiś o wiele większy od prawdziwego. Słowo „większy” w tym przypadku, rzecz jasna, nie dotyczy przestrzeni fizycznej. Czytanie Schulza to rozpoznawanie jakiegoś Większego (głębszego? tajnego? wyobrażonego?) Drohobycza. W ostatniej części Traktatu o manekinach odnajdujemy jeden z kluczy:
„Wiedzą panie – mówił ojciec mój – że w starych mieszkaniach bywają pokoje, o których się zapomina. Nie odwiedzane miesiącami, więdną w opuszczeniu między starymi murami
i zdarza się, że zasklepiają się w sobie, zarastają cegłą
i, raz na zawsze stracone dla naszej pamięci, powoli tracą też swą egzystencję. Drzwi, prowadzące do nich z jakiegoś podestu tylnych schodów, mogą być tak długo przeoczane przez domowników, aż wrastają, wchodzą w ścianę, która zaciera ich ślad w fantastycznym rysunku pęknięć i rys.”
„Fantastyczny” u Schulza prawie zawsze oznacza „fantazyjny”. Realny Drohobycz to być może tylko szary kokon, bezbarwna larwa, którą Schulz przedziwnym gestem demiurga przemienia w fantazyjnego, rzadkiego motyla. Fantazje Schulza rodzą się niby samoczynnie, splata je niewymuszenie
i nieodpowiedzialnie, jak nastoletni narkoman: „Znałem pewnego kapitana, który miał w swej kajucie lampę-meluzynę, zrobioną przez malajskich balsamistów z jego zamordowanej kochanki. Na głowie miała ogromne rogi jelenie.”2. W Większym Drohobyczu, który, w przeciwieństwie do normalnego, za czasów Ropy zyskał znaczenie jednego z największych portów oceanicznych, mogły trafić się wszelkie skarby świata. Ktoś przecież wypełniał te wille i pałacyki suknem i winem, jedwabiem i atłasem, atlasami i księgami, obrazami i słoniową kością, kolekcjami mięczaków
i minerałów, ptasich jaj i nieznanych dotąd ptaków, instrumentami muzycznymi, gramofonami, garderobami, manekinami i świecznikami!


1. „Przejrzysty cień leżał nad miastem. Milczenie tej trzeciej godziny po południu wydobywało z domów czystą biel kredy
i rozkładało ją bezgłośnie, jak talię kart, dookoła placu. Obdzieliwszy go jedną turą, napoczynało już nową, czerpiąc rezerwy bieli z wilkiej, barokowej fasady Św. Trójcy, która, jak zlatująca z nieba ogromna koszula Boga, pofałdowana w pilastry, ryzality i framugi, rozsadzona patosem wolut 
i archiwolut, porządkowała na sobie w pośpiechu tę wielką wzburzoną szatę.” (Bruno Schulz, „Genialna epoka”).


2.„Traktat o manekinach. Dokończenie”.