Bruno i porno

Jurij Andruchowycz

Ropa naftowa to nie dar od Boga, tylko Jego narkotyk. Nieważne, jak głębokie będą jej pokłady, na pewno wyczerpią się w najmniej odpowiednim momencie. Potem nastąpi paraliż całej reszty życia albo przynajmniej coś bardzo doń podobnego.

1/
Ropa rozbestwia gospodarkę, a wraz z nią (uwierzymy na sekundę Marksowi?) całą nadbudowę z jej fantomowymi tworami. Pod tym względem ropa to naprawdę złoto, przy czym czarne. W tym samym sensie białe złoto to nie sól, tylko kokaina.
Zbliżanie się do Drohobycza wywołuje zjawy jego naftowego rozkwitu: błyskawicznie wypełniane przez kapitał i pieniądz miasteczko, które nagle postanawia przeistoczyć się w miasto (niektórzy powiedzieliby – w półtora miasta): drogie eklektyczne budowle, wille, pałacyki, teatrzyki, restauracje, kluby, domy rozpusty. A obok – Borysław, który się śmieje, dość sardonicznie. Wiadomo o nim przede wszystkim to, że jest piekłem. I dlatego w żaden sposób nie może przestać się śmiać. Bo co innego pozostaje piekłu?
Te zjawy pochodzą z kilku źródeł. Na przykład, z utrzymanej w duchu Zoli prozy Iwana Franki, ale nie tyle z niej samej, ile mojego, wykrzywionego przez stare kino wyobrażenia.
Są też świadectwa obiektywne.
W 1914 roku (jeszcze nie po, jeszcze przed – jako że po nie miałoby to już żadnego sensu) ukazało się kolejne wydanie opasłego przewodnika z podtytułem „Wschodnia i Środkowa Europa (Rosja, Austro-Węgry, Niemcy i Szwajcaria)”. Autor tej w najwyższym stopniu sumiennej pracy, doktor Mieczysław Orłowicz, poświęcając Drohobyczowi jeden jedyny na pół tysiąca stron akapit, zdąża napisać w nim o 38 tysiącach mieszkańców, „przeważnie Żydów”, hotelu „Roma”
i restauracji z niezbyt zgrabnym nazwiskiem właściciela – Leperd. Dalej mowa jest o „wielkim przemyśle”
i zakładzie przetwórstwa ropy naftowej (język polski ma dlań znacznie zgrabniejszą, niż ukraiński, nazwę „rafineria” – zupełnie jakby chodziło o fabrykę cukru).
Ta fabryka jest największa w Austrii i otwarta dla zwiedzających. Notatka Orłowicza kończy się wzmianką o budynkach, jak to się teraz mawia, kultu religijnego
(nie mylić z kultem osoby) – gotyckim kościele z XIV wieku
i „trzech ładnych, stylowych drewnianych cerkwiach św. Jerzego, św. Krzyża i św. Paraskewy”.
Co dziwne, nie ma ani słowa o największej w Galicji synagodze.

Pamiętam, jak weszliśmy pod jej na wpół zburzone sklepienie. I jak nad naszymi głowami śmignęły spłoszonym stadem niewidziane wcześniej ptaki.
Ale ich miejsce nie tutaj. Ich miejsce w „Ptakach” Brunona Schulza.
A tutaj zwróćmy uwagę na coś innego: w epoce Ropy Drohobycz pomieścił w sobie największą w Austrii rafinerię oraz największą w Galicji synagogę. I realia te są ze sobą jak najściślej związane.

2/
Dane statystyczne, dotyczące składu etnicznego ludności są niekiedy ukrytym za liczbami epitafium. Niekiedy – krzykiem, co zastygł w piersi. „Niekiedy” jest tu nie tyle okolicznością czasu, ile przestrzeni. „Niekiedy” – tak naprawdę oznacza:
w Europie Środkowo-Wschodniej.
1869 rok to swego rodzaju drohobycka cezura między epoką soli a epoką ropy: ludność miasta sięga prawie 17 tysięcy mieszkańców, wśród których Ukraińcy stanowią 29 procent, Polaków jest o 5 procent mniej, a Żydów jest prawie
48 procent, czyli niemal połowa. Równo siedemdziesiąt lat później, w 1939 roku (rzecz jasna, nie po, tylko przed) liczba ludności jest dwukrotnie wyższa (34,5 tysiąca mieszkańców), ale proporcje etniczne pozostają prawie niezmienione. Tylko Ukraińcy i Polacy jakoś zamienili się miejscami drugim
i trzecim. Używam tu słowa „jakoś”, ale tak naprawdę, tak samo jak wy, wiem, dlaczego. Odsetek Ukraińców nieznacznie przy tym spadł (26,3), a Polaków – wyraźnie wzrósł (33,2). Spadek odsetka Żydów także można uznać za istotny, ale jeszcze nie dramatyczny (40). Wciąż pozostają najliczniejszą wspólnotą etniczną. I zupełnie inne proporcje znajdujemy trzy dekady później, w spisie z 1970 roku. Wśród 56 tysięcy mieszkańców wyraźnie dominują Ukraińcy (70 procent), na drugie miejsce jak czołg przedarli się nieznani wcześniej w tych okolicach Rosjanie (22 procent), a jeśli chodzi o Polaków
i Żydów, to ich liczba jest bardzo podobna
i całkowicie współbrzmi z nieco żałosnym, a czasem i z lekka pogardliwym określeniem „mniejszość narodowa”.
Trzy procent Polaków i trzy procent Żydów według stanu za rok 1970 to niewątpliwy efekt kilku na raz kataklizmów,
o których nie ma tu szczególnej potrzeby długo
i obszernie opowiadać. Wszystko i tak jest jasne: wojna, zmiana systemów, rozpacz zwyciężonych czy dokładniej pozbawionych obrony i rozpacz zwycięzców czy dokładniej zabójców, kilka równoległych i krzyżujących się czystek etnicznych, na które wspólnota międzynarodowa jeszcze nie miała surowego słowa „ludobójstwo”, deportacje, ekspatriacje, operacje specjalne, poszerzanie przestrzeni życiowej dla swoich poprzez masowe zabójstwa innych, obławy, rozboje
i inne maruderskie represje, wreszcie – planowe i dobrze przemyślane przez górę wypełnianie powstałych w efekcie tego wszystkiego wyrw i pustek demograficznych innym, zwiezionym z daleka i bliska ludem. Nie mam żadnych podstaw, by wątpić, że obydwa wskaźniki procentowe, polski
i żydowski, pod koniec minionego wieku spadły jeszcze bardziej i najprawdopodobniej, jeśli ująć to w języku matematyki, zaczęły zbliżać się do zera.

Ale czy można uznać, że Drohobycz ze swoimi Polakami
i Żydami stracił tyle samo, co z Brunonem Schulzem, polskim wedle języka i żydowskim wedle krwi? Czyli że według stanu na 1970 rok Schulza w Drohobyczu pozostało 3 procent?
(A według stanu na 2001 rok nawet one stąd zostały usunięte, niczym freski, nikomu już niepotrzebne tutaj, w mieście obcych, zwiezionych zewsząd ludzi).

I jeśli bezpowrotnie przerwano ciągłość genetyczną, to jak zapoczątkować jakąś inną? I na podstawie czego? Czy jakakolwiek ciągłość jest w ogóle możliwa w tym postnaftowym zakamarku „między Wschodem a Zachodem”?