Bruno Schulz albo intryga Nieskończoności

Władysław Panas

Kiedy patrzymy na życie i dzieło Brunona Schulza dzisiaj, 1111 lat od jego urodzin, 61 lat od jego śmierci, kiedy spojrzeniem obejmujemy to wszystko, co się w tym czasie z nim i z jego twórczością działo, co się aktualnie dzieje i co będzie się nadal działo, jestem o tym przekonany, chociaż nie przypisuję sobie proroczych zdolności, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z czymś, co Emmanuel Lévinas nazywał „intrygą nieskończoności”. Jak bowiem inaczej objaśnić ten ciąg faktów i wydarzeń, które układają się w jakąś wielką i tajemniczą fabułę, co stale rozwija się
i transformuje w coraz to nowe wcześniej nieznane, jak powiedziałby Schulz, dymensje. Fabuła ta zatytułowana oczywiście „Bruno Schulz”, jest niezmiernie gęsta
i skomplikowana, są w niej wstrząsające antycypacje
i osobliwe prawidłowości, które przybierają kształt rozmaitych trybów.

Wśród jej rozlicznych rozgałęzień nie brakuje wątków dramatycznych i sensacyjnych, nawet kryminalnych. Nie wolna jest też od pierwiastków o proweniencji wyraźnie mitologicznej, a przez całe jej terytorium przebiega linia frontu, gdzie ścierają się przeciwstawne siły i toczy się walka
o najwyższą stawkę.
W ogóle kontrast wydaje się jedną z głównych zasad organizujących tę niekończącą się opowieść. Weźmy najpierw pod uwagę biografię Schulza. Nie popełnimy pomyłki, gdy powiemy o niej, że jest to biografia typowego outsidera. Nie znajdziemy w niej faktów, które przecież nie tylko w potocznym odczuciu uznaje się za szczególnie ważne, chociażby potencjalnie interesujące. Brak jakiegokolwiek udziału w wydarzeniach o znaczeniu historycznym, brak najmniejszych nawet śladów zaangażowania politycznego, brak aktywnej obecności w jakichś istotniejszych przedsięwzięciach kulturalnych. Schulza związki z kobietami też nie dostarczają nam ekscytujących danych, ponieważ, jak trafnie ujął tę kwestię Filip Lot- „znaczną część swojego życia erotycznego prowadził za pośrednictwem poczty”.

Na tym tle zdecydowanie wyróżniają się jego kilkakrotne wyjazdy do Wiednia, gdzie spędził wedle najnowszych danych w sumie około trzech i pół lat. Bo wbrew utartej opinii, która unieruchamia go w Drohobyczu, jak nie przymierzając Kanta
w Królewcu, trochę się jednakowoż ruszał i jego tropy odnajdujemy w wielu miejscach, nieraz zaskakujących, czasami wprost trudno wytłumaczalnych, jak chociażby
w Sztokholmie, ale religia tego biograficznego mitu nie zmienia w niczym podstawowej prawdy: prowincja drohobycka była dla Schulza całym i jedynym światem. Tu się urodził, tu mieszkał, tu skończył gimnazjum, w którym później podjął pracę jako nauczyciel, niezbyt zresztą cenionych w szkolnej hierarchii przedmiotów, tu i tylko tu tworzył swoją sztukę, tu wreszcie został zamordowany i tu gdzieś spoczywają jego prochy. Biografia Schulza jest do tego stopnia faktograficznie uboga, że w jego kalendarium życia i twórczości znalazło się miejsce na informację o tak banalnym w końcu wydarzeniu jak uczestnictwo w rutynowej konferencji nauczycieli
w pobliskim Stryju.

Można rzec z pewną przesadą, niewielką jednak, że na dobrą sprawę jedynie ważne daty w życiorysie Schulza, czyli takie, które ten dość bezbarwny i małourozmaicony życiorys indywidualizują, są datami odnoszącymi się bezpośrednio do jego twórczości. Lecz i twórczość ta, jeśli potraktować ją
w kategoriach wyłącznie fizycznych i ilościowych prezentuje się równie skromnie. Jest tak samo niewielka
i szczupła, jak i osoba jej twórcy, aczkolwiek rozciąga się na wiele dziedzin sztuki: malarstwo, grafika, rysunek, literatura. Schulz należał bowiem do artystów, nieczęsty to przypadek
w dziejach historii sztuki, obdarzonych podwójnym talentem, jeden go prowadził do obrazu, drugi zaś do słowa. Talent plastyczny pierwszy doszedł do głosu i przez większą część swojego życia właśnie w tej dziedzinie realizował się Schulz jako artysta. Miał kilka wystaw, próbował sprzedawać swoje prace, ale sukcesu nie odniósł, ledwie go zauważono. Wojna mocno przetrzebiła i rozproszyła jego dorobek. Obecnie znamy tylko część, nie wiemy jak dużą i na ile reprezentatywną, twórczości plastycznej Schulza. Jeden obraz olejny, kilkaset rysunków, grafiki z cyklu „Xięga bałwochwalcza”, ekslibrysy i inne drobiazgi. Z tego wszystkiego jedynie grafiki stanowią kompletną całość taką, jaką autor zaprojektował i wykonał. Mało tego – ilość mam na myśli i małe to – mam na myśli wymiary. Pisarski talent Schulza objawił się bardzo późno, debiutował
po czterdziestce. Do końca życia jak się miało okazać, pozostało mu zaledwie dziewięć lat.

Zdążył napisać i opublikować tylko dwa zbiorki opowiadań, „Sklepy cynamonowe” i „Sanatorium pod klepsydrą”, jeśli do tego dodamy jeszcze cztery inne opowiadania, w tym jedno to fragment większej całości, które wydrukował osobno, będziemy mieć pełny obraz bibliograficzny jego twórczości literackiej. Dla utworów zebranych Schulza wystarczy książka nie nadzwyczajnej grubości, zmieści ją swobodnie chyba każda damska torebka. Chociaż proza ta natychmiast stała się głośna i jej autor osiągnął niewątpliwy sukces, inaczej niż w przypadku twórczości plastycznej, uważał jednak, że w swoim dotychczasowym pisarstwie nie zdołał wypowiedzieć się w pełni. Schulz był przekonany, że jego dzieło życia jest jeszcze przed nim.


1. Wykład wygłoszony przez prof. Władysława Panasa podczas otwarcia Muzeum im. Brunona Schulza w Drohobyczu 19 listopada 2003 roku.