Republika marzeń

Michał Paweł Markowski

11/

Wracam do instytucji. Łacińskie instituere oznacza stawianie czegoś, ustanawianie. Instytucja jest czymś ustanowionym, czymś postawionym i postawnym, a więc czymś, co człowiek ustanawia mocą własnej inwencji. Instytucje są wymysłami i jako takie świadczą o człowieku w tym samym stopniu, co jego zachowanie przy stole. Instytucje to nie tylko mury i ludzie, ale także legendy. Instytucje to nie tylko administracje i budżety, ale także marzenia, które ustanawiają świat, jakiego uprzednio nie było. Albo lepiej: pokazują taką stronę rzeczywistości, o jakiej nie śniło się biurokratom. Zobaczmy, jak to jest u Schulza.

W tytułowym opowiadaniu „Sklepów cynamonowych” pojawiają się cztery wielkie instytucje, o których Schulz pisze nieustannie: Teatr, Sklep, Szkoła, Dom. Każda z nich – wbrew przypuszczeniom – jest miejscem rozbudzania marzeń. I żadna z nich nie jest punktem dojścia, żadna nie jest pułapką dla marzącego dziecka.

Rodzina wybiera się do teatru, ale ojciec zapomina portfela, więc dziecko sprzed oszałamiającej kurtyny, zapowiadającej niebywałe widowisko, wysłane jest do domu, by go przynieść (tak właśnie, przez odwlekanie, rodzi się pragnienie). Po drodze zamierza odwiedzić fascynujące sklepy kolonialne („Te prawdziwie szlachetne handle, w późną noc otwarte, były zawsze przedmiotem moich gorących marzeń”), nie może jednak ich znaleźć, trafia w zamian do szkoły, która nie jest bynajmniej instytutem wymyślnych tortur, lecz spokojną przystanią, w której „wśród sennych rozmów upływał niespostrzeżenie czas i biegł nierównomiernie, robiąc niejako węzły w upływie godzin, połykając kędyś całe puste interwały trwania”. I tu jednak nie zostaje długo, wraca do domu, a raczej chce wrócić, lecz znów nie udaje mu się trafić. „Pełen pomysłów i inspiracji, chciałem skierować się do domu, gdy zaszli mi drogę koledzy z książkami pod pachą. Zbyt wcześnie wyszli do szkoły, obudzeni jasnością tej nocy, która nie chciała się skończyć. Poszliśmy gromadą na spacer stromo spadającą ulicą, z której wiał powiew fiołków, niepewni, czy to jeszcze magia nocy srebrzyła się na śniegu, czy też świt już wstawał…”. Tak kończy się to opowiadanie. Bohater nie wraca do Teatru, ale nie wraca też do Domu. Zawieszony jest pomiędzy tymi przestrzeniami i choć stanowią one punkty orientacyjnego jego życia, to jednak nie dominują nad nim.

Często opisuje się wędrówki bohaterów Schulza jako błądzenie po labiryncie świata. Owszem, można i tak, ale ciekawiej chyba popatrzeć na te niekończące się eskapady jako odwlekanie realizacji pragnienia, jako poszerzanie możliwości egzystencji, jako lawirowanie między instytucjami. Instytucje istnieją, niewątpliwie, ale czyż nie lepiej tylko o nie zahaczać, nie zostając w nich na dłużej? „Czułem się dziwnie lekki i szczęśliwy” – powiada bohater opowiadania, kiedy wędruje pod gwiaździstym niebem. I dodaje: „pełen pomysłów i inspiracji”. Twórczość zakłada instytucje, to jasne, ale nieodmiennie dryfuje poza nie.

12/

28 sierpnia 1938 r. Schulz pisze do Georgesa Rosenberga: „To jest zresztą postulat humanizmu, zhumanizowania całego obszaru życia, żeby coraz mniej rzeczy było (…) uchylających się przed słowem. Wypowiedziane jest już na wpół opanowane”. Zdumiewające jest to, że przed wojną Schulz traktowany był – przez krytyków takiej miary jak Wyka czy Napierski – jako nihilista. Jest przecież dokładnie na odwrót. Mówiąc, przechodzimy z nieludzkiego w ludzkie, znajdujemy powiązania z ludzką gromadą, dzielimy się marzeniami, a tym samym poszerzamy nasze istnienie, bo przecież poszerzamy samą rzeczywistość.

Rzeczywistość sama nie mówi nic, to my mówimy za nią i w ten sposób w świecie pojawia się sens, bez którego żadna wspólnota, żadna rzecz publiczna, res publica, nie mogłaby powstać. Jeśli do tej pory tak mało mówiłem o literaturze, a tak dużo o marzeniach, legendach i instytucjach, to dlatego tylko, by pokazać, czym według Schulza jest literatura. Marzeniem o legendarnej instytucji, która otworzy nam oczy na nieskończone możliwości naszego istnienia.

Dlatego właśnie Bruno Schulz jest najwspółcześniejszym pisarzem z naszych współczesnych i dlatego jego określenie „republika marzeń” jest jedną z najciekawszych definicji literatury XX wieku.


Tekst ukazał się w „Tygodniku Powszechnym” nr. 44\2009.