Republika marzeń

Michał Paweł Markowski

9/

A co możemy dzielić między sobą? Co jest ludzkie, arcyludzkie? Oczywiście, przede wszystkim, język. Ale nie tylko. Tym, co nas może łączyć i dzielić, co dzielimy między sobą, by się połączyć, są marzenia.

Ludzie nikczemnej wiary umieszczają marzenia po stronie nierzeczywistej, po stronie baśni i legend, co jest oczywistym błędem. Schulz jednak nie powiada, że rzeczywistość ma strukturę sennego marzenia, i nie powiada, że żyjemy we śnie. Marzenie ani nie jest samą rzeczywistością, ani jej przeciwieństwem. Marzenie dla Schulza jest nasycaniem rzeczywistości większymi możliwościami, jest dopisywaniem do rzeczywistości marginesów swobody, jest proklamacją wolności w świecie poddanym konieczności.

W „Ulicy Krokodyli” Schulz tak opisuje panującą tam atmosferę lubieżności: „Nad całą dzielnicą unosi się leniwy i rozwiązły fluid grzechu i domy, sklepy, ludzie wydają się niekiedy dreszczem na jej gorączkującym ciele, gęsią skórką na jej febrycznych marzeniach. Nigdzie, jak tu, nie czujemy się tak zagrożeni możliwościami, wstrząśnięci bliskością spełnienia, pobladli i bezwładni rozkosznym truchleniem ziszczenia. Lecz na tym się też kończy.

Przekroczywszy pewien punkt napięcia, przypływ zatrzymuje się i cofa, atmosfera gaśnie i przekwita, możliwości więdną i rozpadają się w nicość, oszalałe szare maki ekscytacji rozsypują się w popiół”. Proszę zauważyć, jak marzenie ściśle wiąże się z możliwościami i jak możliwości wyczerpują się, gdy tylko marzenie ustanie. Powiedziałbym nawet tak: gdy tylko przestajemy marzyć, rzeczywistość rozsypuje się w nic, popieleje, gaśnie.

Niepodbita marzeniem, rzeczywistość traci swoje barwy i traci na zawsze swą legendarną moc, bez której jest niczym.

10/

Można to wysłowić za pomocą innego jeszcze języka, w którym Schulz znajdował szczególne upodobanie. „Ach, ten stary, pożółkły romans roku, ta wielka, rozpadająca się księga kalendarza! Leży ona sobie zapomniana gdzieś w archiwach czasu, a treść jej rośnie dalej między okładkami, pęcznieje bez ustanku od gadulstwa miesięcy, od szybkiego samorództwa blagi, od bajania i marzeń, które się w niej mnożą. Ach, i spisując te nasze opowiadania, szeregując te historie o moim ojcu na zużytym marginesie jej tekstu, czy nie oddaję się tajnej nadziei, że wrosną one kiedyś niepostrzeżenie między zżółkłe kartki tej najwspanialszej, rozsypującej się księgi, że wejdą w wielki szelest jej stronic, który je pochłonie?”.

Tak pisze Schulz w „Nocy wielkiego sezonu”. Znów pojawia się marzenie, ściśle powiązane z bajaniem (legendą), ale tym razem rzeczywistość przybiera postać „rozpadającej się księgi”, szpargału, w którego treść „pęcznieje od gadulstwa miesięcy”. O co tu chodzi? Jak to czytać, żeby nie powielać pożółkłych, zużytych toposów?

Może tak: rzeczywistość porównana jest tutaj do książki dlatego, by łatwiej pokazać trzy proste, ale kapitalnej wagi rzeczy: to, że tekst okala biała przestrzeń, która czeka na dopiski; to, że dopiski te są naszym dziełem; i to, że rzeczywistość wchłania nasze bajania. Rzeczywistość nie jest z innego zrobiona materiału niż literatura. To dlatego Schulz nieustannie podsuwa nam jej książkowe obrazy. Nasze opowieści przenikają rzeczywistość, wnikają w nią i ją przemieniają.

Mówiąc najprościej: rzeczywistość jest opowiedziana, albo nie ma jej wcale. A że między opowieścią a marzeniem nie ma żadnej u Schulza różnicy, to można też powiedzieć, że albo rzeczywistość sobie wymarzymy, albo nie będziemy jej w ogóle mieli.