Republika marzeń

Michał Paweł Markowski

5/

Więc, doprawdy, jak czytać Schulza? Można by zacząć na przykład od tytułów. Czy ktoś w ogóle się nad nimi zastanawiał? Co oznaczają owe sklepy i sanatorium, położone na pierwszej stronie obu zbiorów? Czym są? Kto w nich przebywa i po co? Oczywiście, można powiedzieć, że są to tytuły symboliczne, związane z doświadczeniem zmysłowym i tajemnicą („Sklepy cynamonowe”) lub śmiercią („Sanatorium pod klepsydrą”), ale przede wszystkim trzeba zauważyć – nader trywialnie – że w sklepach i w sanatoriach przewijają się nieustannie ludzie, że sklepy i sanatoria to miejsca intensywnej socjalizacji, spotkań, rozmów, krzyżujących się spojrzeń, gadania i obgadywania, a nawet – czasami przede wszystkim – nieposkromionych pragnień.

Rzadko się o tym mówi: Schulz w oczach mniej lub bardziej wyspecjalizowanych czytelników to przede wszystkim kunsztowny szlifierz niezwyczajnych fraz, niepoprawny marzyciel lub zagubiony syn żydowskiego narodu. Tymczasem świat Schulza to przede wszystkim świat, w którym nikt nie jest skazany wyłącznie na siebie, w którym ludzie, co rusz – z większym lub mniejszym trudem – zawiązują przymierza przeciwko samotności. Świat Schulza to świat rodzących się i rozpadających instytucji.

6/

Słowo „instytucja” – podobnie jak „legenda” – nie ma dobrej prasy. Zwykle stawia się ją we wrogiej opozycji do jednostkowych swobód, pojedynczego sumienia lub niepowtarzalnego smaku. Instytucje – powiada się – deprawują i niszczą to, co niepowtarzalne i zanurzone w nieokiełznanym doświadczeniu człowieka. Anachroniczna to opozycja! Pierwsza instytucja pojawiła się w świecie ludzkim w momencie, w którym nawiązała się pierwsza rozmowa, kiedy człowiek zaczął rozumieć innego człowieka.

Jeśli na początku ludzkiego świata był język, to na początku była także instytucja, albowiem nie istnieją języki prywatne, całkiem związane z nieprzekazywalnym doświadczeniem. Instytucje nie są – jak mniemają funkcjonariusze kultury – czymś do kultury dodanym, lecz określają jej istotę. Jeżeli jednak – jak dzieje się to najczęściej – instytucje krzepną i kamienieją, to sprzeniewierzają się sobie samym, albowiem każda instytucja dzieli z kulturą jej podstawową właściwość, jaką jest nieustanna przemiana. Język żywy to język nieustannie się odnawiający, to język rozkruszający twarde bloki pojęć i słów. Instytucja żywa to instytucja, która wciąż szuka swojej definicji i nigdy nie jest, lecz zawsze się staje.

Jeżeli język jest naszą najważniejszą instytucją, to także instytucje są pewnym językiem, którym wyrażamy nasz stosunek do świata. Pokaż mi swoje instytucje, a powiem ci, czy śpiewasz, czy bełkoczesz.