Materia tożsamości – tożsamość materii.

Żaneta Nalewajk

Tożsamość materii

Motyw tożsamości materii rozumianej jako podważenie zasady principium individuationis odsyła bezpośrednio do Nietzscheańskich rozważań, które filozof zapisał na kartach Narodzin tragedii. Wprawdzie systematyczną refleksję na temat wpływu niemieckiego myśliciela na dorobek Brunona Schulza odnaleźć można w, moim zdaniem, przełomowym dla schulzologii artykule Włodzimierza Boleckiego pod tytułem Principium individuationis. Motywy nietzscheańskie w twórczości Brunona Schulza14, jednak wspomniany szkic nie wyczerpuje zagadnienia, które ze względu na swoją rangę wymaga kilku dopowiedzeń. Bolecki wskazuje na obecność nietzscheańskiej terminologii w korespondencji Schulza (metafory maski, muzyki, wegetatywności natury), analizuje pod tym kątem jego teksty krytyczne, dostrzega zbieżność założeń Nietzschego i autora Sklepów cynamonowych, ale jedynie wybiórczo i w niewielkim zakresie powołuje się na teksty prozatorskie twórcy Wędrówek sceptyka. Dlatego chciałabym skoncentrować się właśnie na nich. Postaram się rozpoznać to, co literaturoznawca pominął, opisać, za pośrednictwem jakich środków literackich Schulz kwestionuje tożsamość na poziomie jednostkowym, a ustanawia ją na płaszczyźnie preindywidualnej. Przedmiotem mojego zainteresowania będzie przede wszystkim wpływ tych zabiegów na konstrukcję postaci literackich w Sklepach cynamonowych i Sanatorium pod Klepsydrą. Moje rozważania sytuować się będą zatem w stosunku do tekstu autora Poetyckiego modelu prozy w dwudziestoleciu międzywojennym w relacji komplementarności.

W wielu opowiadaniach Schulza postaci literackie podlegają dezindywidualizacji. Efekt depersonalizacji drohobycki autor uzyskuje często dzięki zastosowaniu synekdochy. Bohaterowie jego prozy jawią się jako twory poszatkowane, poddane fragmentacji, rozproszeniu, „miazga ludzka” „pokawałkowana rozmową, posiekana gawędą” (Nws, s. 103). Innym razem dezindywidualizacja zachodzi na skutek zastosowania specyficznych technik opisu, na przykład takich, w których metafora choroby urasta do rangi metajęzyka. Dobrą egzemplifikacją wspomnianej metody prezentacji bohaterów może być fragment Nocy wielkiego sezonu:

„I podczas gdy zabawy dzieci stawały się coraz bardziej hałaśliwe i splątane, wypieki miasta ciemniały i zakwitały purpurą, nagle świat cały zaczynał więdnąć i czernieć i szybko wydzielał się zeń majaczliwy zmierzch, którym zarażały się wszystkie rzeczy. Zdradliwie i jadowicie szerzyła się ta zaraza zmierzchu wokoło, szła od rzeczy do rzeczy, a czego dotknęła, to wnet butwiało, czerniało, rozpadało się w próchno. Ludzie uciekali przed zmierzchem w cichym popłochu i naraz dosięgał ich ten trąd, i wysypywał się ciemną wysypką na czole, i tracili twarze, które odpadały wielkimi, bezkształtnymi plamami, i szli dalej, już bez rysów, bez oczu, gubiąc po drodze maskę po masce, tak że zmierzch roił się od tych larw porzuconych, sypiących się za ich ucieczką. Potem zaczynało wszystko zarastać czarną, próchniejącą korą, łuszczącą się wielkimi płatami, chorymi strupami ciemności. A gdy w dole wszystko rozprzęgło się i szło wniwecz w tej cichej zamieszce, w panice prędkiego rozkładu, w górze utrzymywał się i rósł coraz wyżej milczący alarm zorzy, drgający świergotem miliona cichych dzwonków, wzbierających wzlotem miliona cichych skowronków lecących razem w jedną wielką, srebrną nieskończoność” (Nws, s. 102-103).

W zacytowanym fragmencie, z każdym kolejnym zdaniem, odrębność bohaterów zanika coraz bardziej, zacierają się ich indywidualne kształty, postaci podlegają rozkładowi, by mogła zapanować pierwotna jednolitość. Za pośrednictwem somatycznej metafory wyłaniają się obrazy, w których fragmenty materii zrastają się ponownie, a substancja odzyskuje tożsamość, zabliźnia się  jak poranione, pokawałkowane ciało. Nadejście mroku porównywane jest do trądu, zakaźnej choroby. „Zarażona zmierzchem” cielesność postaci, która wcześniej była znakiem ich indywidualizacji, staje się wątpliwa, coraz mniej indywidualna: twarze bohaterów wyrodnieją, tracą wyrazistość rysów, zaczynają przypominać guzowate krosty, bezkształtne plamy, aż wreszcie dosięga je rozpad. Tożsamość anonimowych bohaterów poddanych metaforycznej dekompozycji w końcu rozprzęga się całkowicie. Postaci nie mają oczu, fizjonomie, które w klasycznym opisie odróżniają poszczególne jednostki  od innych indywiduów, okazują się maskami, które odpadają jedna po drugiej. Twarze – znaki cielesnej tożsamości pogrążają się w jednolitości, zarastają niczym drzewo „próchniejącą korą”, łuszczą się jak chora skóra, pokrywają „strupami ciemności”. W ten sposób to, co osobne podlega prawu rozkładu, obraca się wniwecz i zastąpione zostaje preindywidualnym niezróżnicowaniem.

Ten charakterystyczny somatyczny opis nabiera nowych znaczeń w kontekście koncepcji Nietzschego, zapisanej na kartach Narodzin tragedii. Wyłożone w tej książce poglądy filozofa można sparafrazować następująco: aby zrozumieć sposób istnienia rzeczywistości, trzeba odnaleźć w sobie gotowość do transgresji, śmiało rozedrzeć zasłonę światopoglądu apollińskiego i wyrastającej z niego sztuki, która umożliwia człowiekowi poddanie się błogiej iluzji istnienia w świecie cechującym się wyłącznie urodą i harmonią. Po odrzuceniu tego pięknego, kojącego wyobrażenia pozoru nie chce się już śnić dalej, rodzi się gotowość do tego, by dociekać prawdy. Dzięki temu staje się twarzą w twarz z rzeczywistością dionizyjską. W świecie ujmowanym zgodnie z zasadą apollińską cierpienie i zło mają sens. Można je oswajać, tłumaczyć, nadawać im wartość i znaczenie. W tym procesie „oswajania” świata istotna okazuje się zasada principium individuationis, ponieważ dzięki wyodrębnieniu poszczególnych bytów rzeczywistość mniej rani niezrozumiałością, nie przeraża już tak bardzo chaotycznością i mrokiem, jawi się jako sprzyjająca istnieniu, możliwa do podporządkowania przez ludzkie władze poznawcze, natomiast samo poznanie nie wydaje się dla człowieka zagrażające. Światopogląd dionizyjski wymaga jednak przezwyciężenia tego, co apollińskie, a zwłaszcza przełamania zasady principium individuationis. W początkowych partiach Narodzin tragedii Nietzsche cytuje fragmenty Świata jako woli i przedstawienia Schopenhauera:

„Jak na wzburzonym morzu, które, ze wszech stron bezkresne, z rykiem wznosi
i zatapia góry bałwanów, siedzi w łódce żeglarz, ufając słabemu sprzętowi, tak w środku świata udręk siedzi spokojnie człowiek, wsparty z ufnością na principium individuationis15.

Zasada indywiduacji daje oparcie przed doświadczeniem lichoty, nędzy i grozy egzystencji  Po odrzuceniu principium individuationis człowiek nie może już dłużej separować się od nich, wierzyć w to, że go nie dotyczą, tym bardziej, że przekonuje się o tym, iż to właśnie one stanowią zarówno treść rzeczywistości jak i jego samego. Doświadczeniu tremendum towarzyszy jednak radosne upojenie, fascynacja związana z wykroczeniem poza samego siebie, możliwością wykroczenia poza to, co indywidualne i utożsamienia się w samostraceńczym geście z prajednią, która okazuje się sprzecznością i bólem, zakłada współistnienie obok siebie tego, co niemożliwe do pogodzenia, kontrastów, jakości antynomicznych, dysonansów. Człowiek traci wówczas wyobrażenie  o własnej autonomii względem sił natury, przestaje odczuwać w stosunku do niej odrębność. Z bolejącej prajedni, niczym z Schulzowskiej płodnej, czującej materii, wyłaniają się indywidualne kształty – w ten sposób realizuje ona swoją potencję, doświadcza bólu, od którego nie jest w stanie się wyzwolić. Dzieląc się na części i wytwarzając pozór odrębności ucieka przed bólem, pragnie go uniknąć, a zarazem rodzi i pomnaża cierpienie. Co istotne, rozbicie w ujednostkowieniu nie jest nigdy definitywne, poszczególne istnienia pozostają bowiem nadal elementami jedności, ciągle do niej przynależą, nawet jeśli zapominają o pierwotnej więzi, która je z nią zespala.

Stan dionizyjski jako synonim „pojednania z naturą” okazuje się wtajemniczeniem w cierpienie, świadomość absurdu rzeczywistości i „tragicznego ruchu nicestwienia”16:„Nasz ból i sprzeczność – pisał Nietzsche – to praból i prasprzeczność, przenika nas w tej samej chwili, w której niejako zjednoczyliśmy się z bezmierną rozkoszą istnienia, w dionizyjskim zachwyceniu przeczuwając niezniszczalność i wieczność tej rozkoszy”17.


14. W. Bolecki, Principium individuationis. Motywy nietzscheańskie w twórczości Brunona Schulza [w:] „Teksty Drugie” 2003, nr 5, s. 17-33.


15. A. Schopenhauer, Świat jako wola i przedstawienie, Warszawa 1994, t. 1, par. 63, s. 534; cyt. za : F. Nietzsche, Narodziny tragedii, czyli hellenizm i pesymizm, tłum. L. Staff, Kraków 2003, s. 21.


16. B. Baran Wstęp [w:] F. Nietzsche, Narodziny tragedii albo Grecy i pesymizm, tłum. B. Baran, Kraków 2001, s. 6.


17. F. Nietzsche, Narodziny tragedii albo Grecy i pesymizm, op. cit., s. 125.