Materia tożsamości – tożsamość materii.

Żaneta Nalewajk

Postępująca redukcja postaci opisywanej jako pozostałość po człowieku, „trochę cielesnej powłoki i ta garść bezsensownych dziwactw” znajduje swoje szydercze dopełnienie w stwierdzeniu, że Ojciec mógł któregoś dnia „zniknąć tak samo niezauważony, jak szara kupka śmieci, gromadząca się w kącie, którą Adela co dzień wynosiła na śmietnik” (N, s. 20). Ujęty w tej optyce bohater jawi się jako byt niekonieczny, o nieustalonej tożsamości, cielesności skłonnej do dekompozycji i niestabilnej osobowości.

W prozie Schulza inną motywację dla fantastycznych przemian postaci będących znakiem rozpadu ich osobowości stanowią emocje. Ich doznanie podlega groteskowej wizualizacji, obrazowane jest za pośrednictwem motywów transformującej się cielesności5. Emocja to „mimika wobec  świata”6, znak kryzysu, jakiego doznaje upsychiczniona egzystencja w kontakcie z kapryśną rzeczywistością. Okazuje się ona dotkliwa, nieuwzględniająca ludzkiej w niej obecności, niegotowa na przyjęcie człowieka. Nie chroni go przed bólem, wyzwala złość i gniew, nie zawsze przypomina „stajenkę betlejemską”, rzadko stanowi bezpośrednią i możliwą do zaakceptowania odpowiedź na ludzkie pragnienia, potrzeby, wyobrażenia. Budzi niepokój, trwogę, jawi się jako nieprzewidywalna, kosmiczna potęga. Podatna na fizyczne i psychiczne zranienie jednostka pragnie zachować w stosunku do niej bezpieczną odległość. Emocje niwelują ten dystans, otwierają na doświadczenie świata w bezpośredniej bliskości i obcości, doświadczenie, które powoduje, że grunt usuwa się bohaterom spod nóg. Pod wpływem emocji Schulzowskie postaci tracą panowanie nad ciałem, które otwiera je na doznania. Ich owładnięta niepokojem osobowość staje się chwiejna, podatna  na dezorganizację, rozsypkę, dezintegrację, rozpad. Można to zaobserwować na przykładzie opisu ciotki Perazji:

„Nie rozumiałem, o co jej chodzi, a ona zacietrzewiała się coraz bardziej w gniewie i stała się jednym pękiem gestykulacji i złorzeczeń. Zdawało się, że w paroksyzmie złości rozgestykuluje się na części, że rozpadnie się, podzieli, rozbiegnie w sto pająków, rozgałęzi się po podłodze czarnym, migotliwym pękiem oszalałych karakonich biegów. Zamiast tego zaczęła raptownie maleć, kurczyć się, wciąż roztrzęsiona i rozsypująca się przekleństwami. Z nagła podreptała, zgarbiona i mała, w kąt kuchni, gdzie leżały drwa na opał i, klnąc i kaszląc, zaczęła gorączkowo przebierać wśród dźwięcznych drewien, aż znalazła dwie cienkie, żółte drzazgi. Pochwyciła je latającymi ze wzburzenia rękami, przymierzyła do nóg, po czym wspięła się na nie, jak na szczudła, i zaczęła na tych żółtych kulach chodzić, stukocąc po deskach, biegać tam i z powrotem wzdłuż skośnej linii podłogi, coraz szybciej i szybciej, potem wbiegła na ławkę jodłową, kuśtykając na dudniących deskach, a stamtąd na półkę z talerzami, dźwięczną, drewnianą półkę obiegającą ściany kuchni, i biegła po niej, kolankując na szczudłowych kulach, by wreszcie gdzieś w kącie, malejąc coraz bardziej, sczernieć, zwinąć się jak zwiędły, spalony papier, zetlić się w płatek popiołu, skruszyć w proch i w nicość. Staliśmy wszyscy bezradni wobec tej szalejącej furii złości, która sama siebie trawiła i pożerała” (W, s. 95-96).

Roztrzęsiona, ogarnięta trudną do pohamowania złością bohaterka,  w opisie najpierw ulega redukcji do gestów, jej tożsamość jest bliska dezorganizacji, rozpadu na części. Przedstawiona za pośrednictwem somatycznych, udosłownionych metafor jawi się jako groteskowo okaleczona, chroma, w paroksyzmie unosi się gniewem „na szczudłowych kulach”. Wreszcie, postać miotana szaleńczą, autodestrukcyjną furią kurczy się, maleje, zmierza do zaniku, sama siebie trawi, więdnie, tli się jak papier, pozostają po niej symbole nicości: „płatek popiołu”, garstka prochu. Na marginesie warto wspomnieć, że w opowiadaniu Wichura, z którego zaczerpnięty został cytowany fragment, hulający wiatr opisywany jest w sposób analogiczny za pomocą licznych animalizujących, cielesnych porównań. W ten sposób na płaszczyźnie metaforycznej ustalane jest nie tylko podobieństwo, lecz także ontyczna tożsamość pomiędzy gwałtownymi, niszczącymi żywiołami natury a wyładowaniami emocjonalnymi postaci, erupcją, porywami, charakterystycznej dla nich trudnej do skontrolowania, psychicznej energii7.

Z innym przypadkiem naruszenia monolitu tożsamości pod wpływem silnych emocji zobrazowanym za pośrednictwem cielesnej przemiany mamy do czynienia w opowiadaniu Karakony, w którym Ojciec „nieposiadający już (…) tej siły odpornej, która zdrowych ludzi broni od fascynacji wstrętu” (K, s. 88–89), pod wpływem wrażeń, jakie wywołuje w nim widok rojowiska czarnych, wszędobylskich, wąsatych owadów, sam staje się stawonogiem. Ojcu początkowo udziela się „obłęd popłochu”, w jakim karakony rozbiegają się we wszystkie strony mieszkania. Miotany „konwulsją wstrętu” – „dziczeje”, owładnięty nienawiścią – urządza polowanie. Krzyczy i skacze jak oszalały z dzirytem w ręku. Jawi się jako groteskowy następca św. Jerzego walczącego ze smokiem. Emocja staje się chorobliwa, twarz postaci pokrywa się „wypiekami gorączki”, potem tężeje, zastyga w maskę tragiczną, Ojciec oddaje się badaniu swojej cielesności: „ogląda własne ręce, bada konsystencję skóry, paznokci,na których występować zaczęły czarne plamy, jak łuski karakona” (K, s. 89),  aż wreszcie, nie mogąc wyzwolić się od obsesyjnej odrazy, utożsamia się z jej obiektem:

„Mój Ojciec leżał na ziemi nagi, popstrzony czarnymi plamami totemu, pokreślony liniami żeber, fantastycznym rysunkiem przeświecającej na zewnątrz anatomii, leżał na czworakach, opętany fascynacją awersji, która go wciągała w głąb swych zawiłych dróg. Mój Ojciec poruszał się wieloczłonkowym, skomplikowanym ruchem dziwnego rytuału, w którym ze zgrozą poznałem imitację ceremoniału karakoniego” (K, s. 89).

Wydaje się, że w opowiadaniu mamy do czynienia z próbą wizualizacji procesu opanowywania jestestwa bohatera przez jedną emocję. Uczucie wstrętu angażuje całą osobowość postaci – emocje, intelekt, zmysły, a nawet ciało. Podłoża tej emocji upatrywać należy w pragnieniu oddzielenia się od świata zwierząt, a zwłaszcza owadów kojarzących się z rozkładem, destrukcją, chaosem i śmiercią. Gwałtowność cielesnego doświadczenia odrazy, niemożności utożsamienia się z tym, co ją wywołuje, staje się metonimią pragnienia oddzielenia się od przerażającej strony natury, wyrazem lęków tanatycznych. Przełamanie wstrętu wymagałoby uznania ontycznego pokrewieństwa pomiędzy człowiekiem i owadem. Z punktu widzenia narratora, który rozważa zdarzenia z odległej perspektywy czasowej, obiekt awersji przekształca się w totem – karakon zaczyna jawić się jako protoplasta ludzkiego rodu – niezgrabne ruchy Ojca kojarzą się opowiadającemu z przedziwnym rytuałem, „imitacją ceremoniału karakoniego”8. Cielesna przemiana bohatera i reakcja na nią jego rodziny ilustruje jeszcze jedną właściwość doznania „ohydy”, a mianowicie zdolność jej emanacji na inne obiekty, które weszły w fizyczny kontakt z tym, co wzbudza wstręt9. Tak właśnie dzieje się z postacią Ojca. Rodzina utożsamia go z karakonem i w konsekwencji, z powodu częściowej utraty przez bohatera ontologicznych cech osoby, domownicy wykluczają go ze wspólnoty ludzkiej:

„Od tego czasu wyrzekliśmy się Ojca – stwierdza narrator. – Podobieństwo do karakona występowało z dniem każdym wyraźniej – mój Ojciec zamieniał się w karakona. Zaczęliśmy się przyzwyczajać do tego. Widywaliśmy go coraz rzadziej, całymi tygodniami znikał gdzieś na swych karakonich drogach – przestaliśmy go odróżniać, zlał się w zupełności z tym czarnym niesamowitym plemieniem. Kto mógł powiedzieć, czy żył gdzieś jeszcze w jakiejś szparze podłogi, czy przebiegał nocami pokoje, zaplątany w afery karakonie, czy też był może między tymi martwymi owadami, które Adela co rana znajdowała brzuchem do góry leżące i najeżone nogami i które ze wstrętem brała na śmietniczkę i wyrzucała?”(K, s. 89-90).


5. Twarze postaci występujących na kartach dzieł drohobyckiego autora często pod wpływem emocji tracą ludzkie rysy. Na przykład w opowiadaniu Emeryt dziecięcy bohaterowie są animalizowani, porównywani do witalnych zwierząt, „zaaferowanych”, wrzaskliwych małp: „Czasem zapędzają się w nieprzytomnych gonitwach aż do mojej ławki, rzucają w przelocie w moją stronę niezrozumiałe wyzwiska. Ich twarze zdają się wychodzić z zawiasów przy gwałtownych grymasach, które do mnie stroją. Jak stado zaaferowanych małp komentujących parodystycznie swe błazeńskie wyczyny – przelatuje ta gromada mimo, gestykulując z piekielnym wrzaskiem. Widzę wtedy ich zadarte noski, nie mogące wstrzymać wycieku, ich usta rozdarte krzykiem i pokryte krostami, ich małe zaciśnięte pięści” (E, s. 316). A tak emeryt postrzega przerażenie płaczących szkolnych kolegów: „Patrzyłem obojętnie na ich niewczesną skruchę, na zdeformowane nagłym płaczem twarze, jak gdyby z pierwszymi łzami zeszła z nich maska ludzka i obnażyła bezkształtną miazgę płaczącego mięsa” (E, s. 321). W opisie tym mamy do czynienia z dezindywidualizacją, depersonalizacją (de- + łac. persona ‘maska, osoba, charakter) postaci ludzkich. Ten ostatni proces podlega w opowiadaniu udosłownieniu – dzieci tracą twarze, które określane są mianem „masek ludzkich”, fizjonomia chłopców ulega najpierw deformacji, potem staje się zupełnie amorficzna, zaczyna jawić się jako bezpostaciowa materia, „bezkształtna miazga płaczącego mięsa”.


6. Twórcą metafory, którą przywołuję, jest François Chirpaz. Zob. Idem, Ciało, tłum. J. Migasiński, Warszawa 1998, s. 1998, s. 41. Francuski filozof, opisując doznanie silnych, negatywnych emocji, jako stanu swoistej dezorganizacji, posługiwał się metaforą „pokawałkowanej obecności”: „Emocja nie stawia nas zatem wobec rozdziału świadomości i odpowiadającego jej ciała. Dosłownie rzecz biorąc, natrafiamy na obecność, która ulega rozbiciu i staje się niezdolna do włączenia się w sytuację. Tak właśnie natrafiamy na myśli i wizje przybierające szalony obrót, na nierówny urywany oddech, na nieokreślone i niezrozumiałe gesty. Jeśli można tak powiedzieć – obecność ulega pokawałkowaniu. Nie może już utrzymać tego wszystkiego, co udało jej się zjednoczyć w życiu codziennym i „rozlatuje się”. To odrębne życie każdej z jej części jest tym bardziej obłędne, że nie wiąże się już z niczym, nie osiąga pewności panowania nad sytuacją. Sam ten jej zanik nie jest jakąś pantomimą, grą odgrywaną przez ciało, ale jest takim momentem, w którym obecność zostaje ostatecznie zatopiona, całkowicie nie mogąc się pozbierać – zanurza się w niemocy. Dlatego też emocje, bardziej niż inne doświadczenia, odsłaniają kruchość obecności i to, jak krucha jest owa cierpliwie wypracowywana równowaga pomiędzy mną, moim ciałem i światem”. Ibidem, s. 53.


7. Warto w tym miejscu przytoczyć przykładowy opis wichury, konotujący skojarzenia związane z szaleństwem, rozhulanymi emocjami, cielesnością, wreszcie muzycznością i postępującym spustoszeniem: „Nie widziało się jej. Poznawało się ją po domach, po dachach, w które wjeżdżała jej furia. Jeden po drugim strychy zdawały się rosnąć i wybuchać szaleństwem, gdy wstępowała w nie jej siła. Ogałacała place, zostawiała za sobą na ulicach białą pustkę, zamiatała całe połacie rynku do czysta. Ledwie tu i ówdzie giął się pod nią i trzepotał, uczepiony węgła domu, samotny człowiek. (…) Strych grał od wichru. (…) W pauzach wichury miechy żeber strychowych składały się w fałdy i dach wiotczał i zwisał jak ogromne płuca, z których uciekł oddech, to znowu nabierał tchu, nastawiał się palisadami krokwi, rósł jak sklepienia gotyckie, rozprzestrzeniał się lasem belek pełnym stokrotnego echa, i huczał jak pudło ogromnych basów” (W, s. 92, 95). Parafrazując znaną sentencję Horacego ira furor brevis est - gniew jest krótkotrwałym obłędem (Listy, 2, 62), po lekturze prozy Schulza można by rzec, że wichura to chwilowe szaleństwo upsychicznionej materii.


8. Analizowany motyw nabiera nowych znaczeń w kontekście korespondencji Schulza. W jednym z listów do Romany Halpernowej Schulz w opisie własnej sytuacji egzystencjalnej i konieczności stawienia czoła życiu i naporowi doświadczeń, które ono niesie, porównywał siebie do owada: „ja, jakby wypuszczony z poczwarki owad, wystawiony na burzę obcego świata i wiatry nieba, powierzam się jakby po raz pierwszy żywiołom. Dokąd mnie to zaprowadzi, nie wiem. Czy ta nowa trzeźwość jest tylko pustką po opadających mgławicach twórczych, czy jest nowym głodem świata, nową konfrontacją z żywiołem zewnętrznym – nie wiem, Osobliwość i niezwykłość moich przebiegów zamykała mnie hermetycznie, czyniła niewrażliwym, niechętnym wobec inwazji świata. Teraz otwieram się jakby powtórnie na świat i byłoby wszystko dobrze, gdyby nie ten lęk i to wzdraganie się wewnętrzne, jak przed ryzykowną i Bóg wie gdzie prowadzącą imprezą”. B. Schulz, List do Romany Halpernowej napisany pomiędzy 20 a 26 VIII 1937 [w:] Idem, Opowiadania. Wybór esejów i listów, op. cit., s. 460-461.


9. Na temat emocji wstrętu zob. P. Rozin, J. Haidt, C.R. McCauley, Wstręt [w:] M. Lewis, J.M. Haviland-Jones, Psychologia emocji, Gdańsk 2005.