Heretyk i panny

Jan Gondowicz

Chybiona magia

Narzędziem tej przemiany drugiego stopnia wydaje się spektakl, który odgrywa przed słuchaczkami Ojciec – namiętny i nadmiarowy składnik jego wykładów. Po co mu ta płomienna gestykulacja, zapalczywa mimika, wnikliwe szepty i świdrowanie wzrokiem? „Wwiercał się tą chytrością w swe interlokutorki – zaznacza z niepokojem Józef – gwałcił cynizmem tego spojrzenia najwstydliwsze, najintymniejsze w nich rezerwy (…) póki nie dołaskotał się błysku zrozumienia”. Zapewne, Drugiej Księgi Rodzaju nie godzi się wykładać z akademickim spokojem. Ale też Józef znów coś przed nami ukrywa. Owo podejrzane theatrum prelekcji to gesty magiczne, których obiektem – a raczej ofiarami – są szwaczki.

Tu trzeba uciec się do analizy wstecznej. Późniejsza proza Schulza zawiera precyzyjny opis programowania manekinów. Dzieje się to w epizodzie „Wiosny”, gdy Józef – z użyciem pełnego repertuaru zabiegów magicznych Ojca – ożywia figury z panoptikum w zamiarze uczynienia z nich swej przybocznej gwardii. „Wszczepia im elementy miłości i nienawiści”, „uspokaja hipnozą”, szepce i wykrzykuje hasła, aż woskowe kukły, niebędące przecież tymi wielkimi personami, które imitują, zaczną mimo wszystko reagować na rozkaz. „Jak łatwo jest sfałszować w tym momencie to słowo, podsunąć im pierwszą lepszą ideę – gdy są tak bezkrytyczni i bezbronni!”. Takiego właśnie nadużycia dopuszcza się Jakub na szwaczkach. W kiczowatych ich ciałach chce zaszczepić, czy też wzmóc, jarmarczny erotyzm. I – jak syn swoje woskowe wojsko – wypuścić na ulice miasta dwie fałszywe boginie miłości. W gruncie rzeczy – cóż innego robią wszyscy fabrykanci idoli?

Ojciec u Schulza to, jak wiemy, inkarnacja męskości, pryncypialnie dystansującej się od spraw ciała, i cała jego nauka ma na celu odcieleśnienie materii, uczynienie z niej bytu umownego, czyli znaku. Nawet z użyciem przemocy, co sprawia materii cierpienie, a tym samym ją uduchawia. W jego teorii boska materia zyskuje ludzki sens dopiero w formie imitacji, jako parodia. W „Traktacie o manekinach” Jakub nie tylko wykłada tę „herezję”, lecz ją też praktykuje. Zamierza sfabrykować parodię boskości, tej dlań obmierzłej, żeńskiej. Gdyby tak w środku zimy przeszły się rynkiem dwie nakręcane seksualne golemice – jakiż to byłby afront dla rozpustnej Bogini Księżyca i konfuzja jej wszetecznych wyznawców!

Aliści… „W chwili, gdy mój ojciec wymawiał słowo »manekin«, Adela spojrzała na zegarek na bransoletce, po czym porozumiała się spojrzeniem z Poldą. Teraz wysunęła się wraz z krzesłem o piędź naprzód, podniosła brzeg sukni, wystawiła powoli stopę, opiętą w czarny jedwab, i wyprężyła ją, jak pyszczek węża”. Wszyscy wiemy, co było potem, choć Józef tuszuje te sceny. Dość rzec, iż Jakub zachowuje się w nich „jak automat”, który „drżąc od wewnętrznego wzburzenia zaciął się i zatrzymał na martwym punkcie”. Nieszczęsny, sam podzielił los erotycznego manekina w aurze drwin, szykowanych dla wrogów. Widać zapomniał swych nauk, iż „materia nie zna żartów”. „Kto ośmiela się myśleć, że można igrać z materią, że kształtować ją można dla żartu” – co właśnie czynił – zasmakuje własnej cielesności i wynikłych z niej upokorzeń. Pozna, że i mag jest człowiekiem.


Tekst ukazał się w Tygodniku Powszechnym, Książki w Tygodniku 1-2, nr 11/2010.