Heretyk i panny

Jan Gondowicz

Dwuznaczna edukacja

„Czy czytelnik słyszał coś o równoległych pasmach czasu w czasie dwutorowym?” („Genialna epoka”). Właśnie niezwykła ta zima składa się z równoległych pasm czasu – fenomen nieobcy wspomnieniom z wczesnych lat życia. Etapy wyliczonych zdarzeń – z „Wichurą” na dodatek – zachodzą na siebie wzajem, podkreślając uporczywość prób Ojca i ciążącą nad nimi fatalność.

Ich związek anonsuje wprost zdanie z „Ptaków”: „Dopiero w późniejszej fazie wzięła sprawa ten niesamowity, zaplątany, głęboko grzeszny i przeciwny naturze obrót, którego lepiej nie wywlekać na światło dzienne”. I nie chodzi tu o ptaszarstwo, acz cokolwiek przeciwne naturze. To zapowiedź późniejszej, lecz bliźniaczej sprawy manekinów, w istocie opowiedzianej półgębkiem, z mnóstwem luk w co ważniejszych miejscach. A przecież to w niej kulminuje biografia magiczna Ojca i druga mitologia Schulza.

Toteż jako jedyny epizod tej zimy działalność pedagogiczna Jakuba zostaje umiejscowiona w czasie. Tuż bowiem przed jej początkiem, na pozór wspominając przebieg typowego dnia, młody Józef wzmiankuje: „Ale gdy pojawiał się na stole półmisek z rybą w szklistej galarecie, dwie duże ryby leżące bok przy boku, głową do ogona jak figura zodiakalna, odpoznawaliśmy w nich herb owego dnia, emblemat kalendarzowy bezimiennego wtorku”. Rok zodiakalny wchodził więc oto w znak Ryb: 21 lutego przypadł we wtorek w roku 1905! Przyjąć można, że Józef liczył wówczas, jak Bruno, niespełna trzynaście lat.

Nie jest to data obojętna. Nieoceniony Władysław Kopaliński podaje: „Ostatni, piekielny znak Zodiaku symbolizuje świat wewnętrzny, mroczny, który łączyć nas może z Bogiem albo z Szatanem; upodobanie w naukach hermetycznych; wyobraźnię i intuicję, odkrycia powstałe w zbiorowej podświadomości”. Czyli ściśle to, z czym już za kilka godzin ujawni się Ojciec: „Tymczasem w jadalni przygotowywano już scenerię wieczoru” – opowiada przecież Józef. Niestety, Ryby znamionują także „natury chwiejne”, co zaciąży nad losem Ojca. A więc i Józef też waha się, ostrzega, skrywa wśród niedomówień sens dwuznacznej edukacji szwaczek.

Słowo „dwuznaczna” jest nader na miejscu. Tu zaczynają się bowiem narracyjne szachrajstwa Józefa. Świadom dalszych wypadków, przebieg prelekcji Ojca włącza on w epos jego klęsk, przemilczając sens ojcowskich poczynań. A wszak Jakub do czegoś zmierzał – mag tej klasy nie sądził chyba, że pojmą go prostoduszne dziewczęta? Wypada sądzić, że przyświecała mu myśl powtórzenia swej ptasiej sztuczki. Jeśli z niepozornych jaj zdołał wykreować oszałamiająco kolorowe stado, może chciał stworzyć coś i ze szwaczek? Zawierzane im idee są tak rewoltujące, że traci się z oczu, jak traktował słuchaczki. Lecz z napomknień Józefa wynika, że był to stosunek szczególny.

Ostatnio zwrócono uwagę, iż wzloty Ojcowskiej teurgii podważa ich erotyczna podszewka. „Odpłacając się za pełną galanterii i dowcipu konwersację, którą zapełniał im pustkę wieczorów – dziewczęta pozwalały zapalonemu badaczowi studiować strukturę swych szczupłych i tandetnych ciałek”. Istotnie, Jakub demonstruje zgodność swych teorii z praktyką na przykładzie łydki panny Pauliny, sprawnie „wyłuskiwanej z pończoszki”. „Nie widzieć w tym fragmencie ironii to nie rozumieć tego tekstu – konkluduje Michał Paweł Markowski. – A nie rozumieć tego tekstu to brać poważnie wykład doktryny, którą ojciec nie w innym celu wykłada, jak po to, by »dobrać się« do panien”. Lecz „Traktat o Manekinach” to nie „Lekcja” Ionesco. Jakub jest mędrcem naprawdę. Erotyczny podtekst nie unieważnia jego zadziwiających nauk, jak ironia nie kwestionuje ich mistycznego sedna. Koncept Ojca ma wszak za podstawę zmysłową podatność materii na siły formotwórcze, więc nóżka Pauliny, bezsprzecznie materialna, stanowić może przykład, jak wykwintne formy przybrać potrafi trafnie ukształtowana materia. A że utajona w materii boska wszechmożliwość przybrała akurat formę czyjejś nogi, to owszem, absurdalne, lecz z tejże racji godne filozoficznej refleksji. Może nie?

Lecz to także niecała prawda. Tylko w oczach profanów Jakub uwodzi swą elokwencją panny. Tylko pozornie kompromituje się, przechodząc od ożywienia wykładem do śmielszych męsko-damskich awansów. W aluzjach Józefa dziewczęta to nawet nie durne papugi. Są to kukły. Pod wpływem „milczącego idola” – krawieckiego manekina – wirują jak szpulki, lakierowaną, tanią nóżką depcą pedał maszyny i – pełne sieczki kiepskich romansów – marzą o wypchanym trocinami pierrocie. Ojcu „dają się oglądać, kręcąc się w biodrach, polśniewając emalią oczu, lakiem skrzypiących pantofelków, sprzączkami podwiązek”. To, słowem, nakręcane figurki z Prateru czy witryny sklepu z zabawkami. Słuchając wykładów, „siedzą nieruchomo z szklanymi oczyma”. Lalczyna bierność szwaczek skłania prelegenta do uznania ich za „modele do eksperymentów”. Toteż gdy Ojciec „odsuwa pończoszkę z kolana Pauliny i studiuje rozmiłowanymi oczyma zwięzłą i szlachetną konstrukcję przegubu” – pada to właśnie słowo, stosowniejsze wobec marionetki niż żywej istoty.

Mechaniczne, cudownie tandetne, niezrównanie bezmyślne panny istotnie bliższe się zdają „drugiej generacji stworzenia”, którą tak wielbił Jakub. Jako bez reszty sztuczne, stanowią przykład takiej właśnie, jakiej pragnie, sztuki. Urzeczone i urzeczowione dziewczęta budzą w nim raczej entuzjazm niż pożądanie. „Cofnęły się do korzenia swego bytu”, co oznacza, że są niczym więcej jak formą, gotową na przyjęcie dowolnej – byle prostej – treści. W tym stadium – podszeptuje Józef – można je było „przechylić w te wątpliwe, ryzykowne i dwuznaczne regiony, które nazwiemy tu krótko regionami wielkiej herezji”. Inaczej mówiąc, Jakub pragnął ich użyć do spłatania metafizycznego figla. Tym razem grubszego kalibru.