Heretyk i panny

Jan Gondowicz

Ostatnia zima Ojca

Czy coś z tej pierwszej mitologii przetrwało w drugiej, w relacji o kacerstwach, klęskach i odejściu Ojca? Na trop naprowadza myśl, że zastanawiająco wiele fabuł tomu „Sklepy cynamonowe” toczy się zimą. A przecież stanowi ona rewers żarliwych pór słonecznych. Nic dziwnego, że ascetyczny negocjant Jakub, strateg handlu bławatnego, patriarcha, demiurg i mistyk, słowem – arcykapłan solarny, traci siły, gdy słońce zbyt krótko przemierza firmament, a zewsząd naciera noc – domena kobiet. Żądzę eksperymentów budzić w nim może zagrożenie upadkiem, przeczucie detronizacji. Bowiem już od początku tej długiej zimy rzeczy miały się źle – tak w sklepie, jak w domu i – kto wie? – w strefach transcendentalnych. Słabość tę pogłębiło fiasko podjętego tejże zimy eksperymentu hodowli ptaków.

Ową przygodę Ojca zapowiadał zresztą dłuższy okres ptasienia z preferencją dla drabin i wyższych rejonów pokoi. Lecz opowiedziana w „Ptakach” próba „suwerennej magii” spełzła na niczym: Adela wygnała ptactwo, nim jego barwny fajerwerk rozproszył „bezbrzeżny żywioł nudy, drętwiącej miasto”. Nawiasem mówiąc, wzmianka o nadesłanych z zagranicy skrzyniach egzotycznych jaj, z których wylęgają się pisklęta-potworki, pozwala datować opowieść, gdyż „Fatalne jaja” Bułhakowa z analogicznym epizodem wyszły po polsku jesienią 1928 roku.

Opisana w „Nawiedzeniu” choroba Ojca przypada na „późną zimę”, czas jakiś po epizodzie ptasim, bo pozostała po nim pamiątka – wypchany i dobrze już nadżarty przez mole sęp czy kondor, z którym Ojciec, jak wiemy, zwykł dzielić nocne naczynie. W sępie tym młody Józef dopatrywać się będzie później – „w okresie szarych dni, które nastąpiły po świetnej kolorowości genialnej epoki mojego ojca”, a więc wciąż tejże zimy – jednej z ostatnich jego inkarnacji („Karakony”). „Ojca już wówczas nie było”, a indagowana o niego Matka zaczyna kokietować nastoletniego syna jak mężczyznę.

Co znaczy, że „ojca już wówczas nie było”? Zdaniem Matki podróżuje jako komiwojażer po kraju i z rzadka tylko odwiedza dom – zwykły los bankrutów, który przypadł w udziale choćby ojcom Rimbauda i Jarry’ego. Alternatywę podsuwają „Manekiny”: pokonany Ojciec, „dobrowolny banita, usunął się do pustego pokoju na końcu sieni i oszańcował się tam samotnością. Zapomnieliśmy o nim”. To zalążek nowej opowieści: przerywnikiem zimowego marazmu okazują się „wieczorne seanse” krawieckie, i oto na którymś z nich w progu staje, z lampą w ręku, Ojciec. Jednym rzutem oka ocenia sytuację. Barwne strzępki tkanin, zaścielające podłogę, przywodzą mu na myśl dno klatki, a same krawczynie, paplające i dzwoniące nożycami w obłoku „pudru, kolorowej bibułki i atropiny”, uznaje za papugi: „Genus avium… jeśli się nie mylę, scansores albo pistacci” [tu w pierwodruku błąd: winno być psittaci]. Pod wpływem tego skojarzenia podejmuje powtórny eksperyment. Znamy go jako cykl zawrotnych prelekcji o manekinach.

Także tę drugą próbę sił zakończy katastrofa. Pod wpływem nieprzepartej kobiecości słuchaczek Ojciec z wieczoru na wieczór popada w niezdrowe podniecenie, traci wątek, zbacza w dygresje i w ostatnim fragmencie ostatniego wykładu wspomina brata, który uległ przemianie w zwój gumowych „kiszek hegarowych”. Nie wie, nieszczęsny, że i jego, jeszcze tejże zimy, czeka przymus „łączenia się długą kiszką gumową z wielką fiolą szklaną, napełnioną ciemnym fluidem”.

Owa niepokojąca ciecz zapowiada niestety kolejny epizod tej zimy, jak kiszki gumowe pojemnej i rozciągliwej w czasie. Zaprzestawszy wykładów – mówi opowieść „Sklepy cynamonowe” – Ojciec zdziczał, pokrył się niechlujnym zarostem, a co najgorsze, „w okresie najkrótszych, sennych dni zimowych” – czyli wciąż przed Nowym Rokiem – „był już zatracony, zaprzedany, zaprzysiężony tamtej sferze”. Jakiej? Ano tej, która rozciąga się pod tynkiem ścian, w mysich dziurach i szparach podłogi. Ogarnięty manią nasłuchiwania dochodzących stamtąd chrobotów, Ojciec popadł w wielką karakonią psychozę. I choć sceny panicznych łowów znamy głównie z relacji Adeli, fakt ohydnej inwazji i co najmniej mentalnej przemiany Ojca w karakona potwierdza balon czarnego karakoniego soku, którym podtrzymuje gasnące siły. Gdy znika w ludzkiej postaci, by na krótko pojawić się jako dziwny owad, wciąż nie nadeszła wiosna, bo poruszane jego oddechem futro nie trafiło jeszcze do naftaliny („Ostatnia ucieczka ojca”). Lecz wkrótce znaleźć go będzie można tylko w „Sanatorium pod Klepsydrą”…