Heretyk i panny

Jan Gondowicz

Na rysunku Brunona Schulza siwobrody Jakub klęczy u stóp dwu młodziutkich, zajętych robotą szwaczek.Umizgom patronuje krawiecki golem – płócienny manekin z politurowaną gałką miast głowy. Demoniczna służąca Adela, która właśnie wkroczyła z podwieczorkiem, spala wzrokiem tę haniebną scenę. Nie ma takiego rysunku. Kto chce, może sporządzić go w photoshopie. Wśród szkiców Schulza znajdzie klęczącego przed klientką krawca, siedzące ramię w ramię panny o niemądrych buziach, dostojne wizerunki Jakuba, srogą Adelę, a nawet manekina. Lecz wydaje się pewne, że rysunek ten musiał istnieć. Jak późniejsze „Sanatorium pod Klepsydrą”, także „Sklepy cynamonowe” autor zaopatrzył w ilustracje, ale szef „Roju”, Marian Kister, utrącił ekstrawagancję nieznanego debiutanta. A we Wrześniu „Pegazy z Kredytowej” spłonęły.

Przed literaturą

Obcując z dziełem Schulza, miewa się pokusę rekonstrukcji tego, co w nim potencjalne, rozproszone, a nieraz przemyślnie ukryte, takich właśnie zaginionych obrazów. Schulz to bowiem narrator perfidny, a przy tym na wzór biblijny buduje swe historie z ruin i szczątków własnych wcześniejszych historii. Jak w przypadku Wittgensteina, u którego rozróżnia się filozofię „pierwszą”, „drugą”, a bodaj i „trzecią”, u Schulza mówić można o pierwszej, drugiej i trzeciej mitologii. Druga – powszechnie znana – to demiurgiczne uroszczenia Ojca i dzieje jego metamorfoz. Trzecia – to mit Księgi, poszukiwań Autentyku i podziemnego królestwa opowieści z „Wiosny”, wiodące ku mesjańskiej idei odnowienia świata.

Mnie jednak nade wszystko ciekawi mitologia pierwsza. Lecz ten z nią kłopot, że była przed literaturą, wyrażona w twórczości plastycznej, dziś – poza „Xięgą bałwochwalczą” – niemal unicestwionej. Kto chce dociec, skąd się to wszystko wzięło, musi sięgnąć do analizy wstecznej, traktującej rysunki jako szczątki rozbitej fabuły. „Xięga” z samej swej nazwy przeznaczona jest do lektury, nieprawdaż? W tekstach trzeba zaś szukać (zamierzonych zapewne) niekonsekwencji, które w świetle mitu założycielskiego być nimi przestają.

Ów mit założycielski to odpowiedź na pytanie, czym trudniła się drohobycka grupa artystyczna „Kalleia”, założona przez Schulza i rówieśników na rok czy dwa przed pierwszą wojną światową, a czynna mniej więcej dekadę. Teza brzmi, że młodzi ludzie płci obojga, których nazwiska zdołał zebrać Jerzy Ficowski, a twarze utrwalił Schulz, wspólnym wysiłkiem wspomaganej lekturami wyobraźni odtworzyli – na wpół serio – pogański kult bogini płodności, a mówiąc wprost, erotyzmu: idolatria umowna, niedosyty realne. Jest to pierwsza Schulzowska „mityzacja rzeczywistości”. „Sakralne” ryciny „Xięgi bałwochwalczej” kryją wizje obrzędów tego kultu, przeniesionego w realia galicyjskiego miasteczka. Znamienne są zwłaszcza nocne teofanie kapłanek lunarnej bogini, wprowadzające mieszkańców w stan ekstazy. W późniejszych narracjach Schulza powraca motyw niezwykłych zaburzeń mechaniki niebieskiej i kaprysów klimatu – oznak rychłego nadejścia czasu występnych spełnień. Miasto, w dni letnie podległe okrutnej dyscyplinie solarnej, zmienia się w takie noce w fantasmagoryczną Sodomę.