Sceny z Dodolandii

Małgorzata Kitowska-Łysiak

Wspomniane przykłady pokazują, że pomiędzy antropomorfizacją dodo u Carrolla i ornitopomorfizacją Dodo u Schulza nie ma symetrii. Carroll pisze o gadającym ptaku, którego wyposaża w zdolność myślenia, ale wizualnie go nie uczłowiecza. Schulz inaczej – w związku z Dodo, ani w prozie, ani w ilustracjach, nie daje bezpośrednich odniesień do ornitologii; zawarte są one jedynie w kontekstach.

Schulz rysował ptaki sporadycznie. Potwierdza to karta z młodzieńczego szkicownika z kilkoma postaciami fantastycznych zwierząt, wśród których są głowy ptaków, a także, co tutaj znacznie bardziej frapujące, dwie inne prace – rysunki, w których stoją obok siebie człowiek i ptak, w literaturze opisane jako Nadzy starcy i kondor45. Czterej mężczyźni starają się tu upodobnić do ptaka, który pełni rolę przywódcy stada – chowają głowy w ramiona, kucają, zdają się kurczyć (trochę tak, jakby korzystali z owego naczynia nocnego, co to go kondor używał razem z Ojcem; Ptaki, s. 24)46. Ptak zaś wygląda jak treser – stoi blisko pierwszego planu, lekko przesunięty w kierunku prawego dolnego narożnika, wydaje się zaganiać powolnych, i bezwolnych, podkomendnych, by ćwiczyć ich w upodabnianiu się do stada ptaków. Żałosny to obraz: groteskowe ciała mężczyzn sprawiają wrażenie efektów mutagenezy, szczególnych okazów Genus avium… – są nieodwracalnie zasklepione w skorupie teratologicznego przykurczu, czego nie przysłania żaden kostium; jedynym „kamuflażem” tej zaskakującej sceny jest obecność ptaka. Dzięki Schulzowskiej wyobraźni Liber bestiarium zyskuje kolejny rozdział.

Zawód: preparator

Warto teraz przypomnieć kilka faktów nieartystycznych, które mogły stanowić impuls dla Schulzowskiej ornitopei. Interesujące jest, że z kręgu znajomych pisarza preparatorem zwierząt był Marian Jachimowicz, urodzony w Schodnicy (powiat drohobycki), poeta, malarz, którego Schulz znał i z którym utrzymywał kontakt korespondencyjny (z listów wynika, że w roku 1938 angażował się w znalezieniu mu pracy w Drohobyczu). Osierocony przez ojca Jachimowicz, od roku 1908 z matką i starszym bratem mieszkał w Borysławiu. Po śmierci matki, w 1917 roku wyjechał  do Budapesztu, towarzysząc bratu Rudolfowi, który poślubił Węgierkę47. Do sierpnia 1922 roku, czyli momentu powrotu do Polski, uczył się tam zawodu preparatora w pracowni wybitnego fachowca, doktora Adolfa Lendla, zafascynowanego  ornitologią, laureata licznych międzynarodowych nagród, w latach 1911-20 pełniącego obowiązki dyrektora ogrodu zoologicznego w Budapeszcie. Na czeladnika wyzwalał jednak Jachimowicza inny mistrz, następca Lendla, równie ceniony Rezsŏ Fába. Kiedy Jachimowicz wrócił do Polski, szukał pracy w świeżo nabytym zawodzie: najpierw we Lwowie i Borysławiu, a później w Łomży. Swoje umiejętności podszlifował w Borysławiu, w Łomży natomiast pracował już na własny rachunek: w preparatorni, którą sam założył. Nie przynosiła ona jednak najprawdopodobniej wielkich dochodów, skoro po jakimś czasie później powrócił w rodzinne strony (po wojnie zamieszkał w Wałbrzychu48). Przedwojenna fotografia ukazuje go z drugim, nieznanym mężczyzną przy stole, na którym widać wypchane ptasie okazy; za nimi, na ścianie, wiszą inne eksponaty.

Zachowana korespondencja Schulza z Jachimowiczem obejmuje zaledwie kilka listów wysłanych przez autora Sanatorium… pomiędzy 27 listopada 1938 a 28 maja 1941 roku. W pierwszym liście Schulz przywołuje fakt posiadania przez Jachimowicza kwalifikacji preparatora, pisze też: „Wspominamy Pana często […]”49. Najprawdopodobniej zatem panowie poznali się właśnie w owym dwuleciu, pomiędzy 1922 a 1924 rokiem, czyli tuż po powrocie Jachimowicza z Budapesztu. Byłoby to o tyle intrygujące i warte uwagi, że, jak pisałam, pierwodruki opowiadań Ptaki Dodo ukazały się w latach 30. Nawet, jeśli teksty powstały wcześniej, nastąpiło to bodaj już po zawarciu wspomnianej znajomości. Czy i jakie znaczenie mogło mieć dla tej znajomości (czytaj: dla Schulza) doświadczenie preparatorskie Jachimowicza?

Wspomnienia z pobytu na Węgrzech opublikował on dopiero w latach 90. ubiegłego wieku. W memuarach dominują dwa wątki: pracy i kontaktów z rodzeństwem rozproszonym po świecie w poszukiwaniu chleba. Obrazki z preparatorni niejednokrotnie kojarzą się z fragmentami prozy Schulza, podobna jest nie tylko leksyka pisarstwa obu autorów. W pracowni mistrza Fáby – czytamy – „regały mieściły w sobie egzotyczny świat zwierzęcy jak arka Noego”, „z szerokiej szafy oszklonej patrzyły bardzo kolorowe ptaki egzotyczne”, „[…] na innej szafie – ściągał spojrzenie i wdzierał się w pamięć – czarny tukan z nienaturalnie wielkim czerwono-żółtym – jakby podwójnym, piętrowym dziobem – bo z naroślą tej samej wielkości co dziób, ale zakrzywioną ku górze”; co więcej: na szafie stało „sugestywne popiersie, z papierowej masy, dzikiego Papuasa, w barwach naturalnych, błyszczącej, palonej kawy”50. W innym miejscu autor stwierdza, że w rękach preparatora ptaki odzyskują „pozory egzystencji”, że w pracowni powstaje „coś w rodzaju pomnika z własnej skóry denata”51.

Jeśli z tej perspektywy spoglądamy na Schulzowskiego Jakuba, przestaje on być charyzmatycznym aspirantem „wtórej demiurgii”, okazuje się natomiast zaledwie przyziemnym adeptem odchodzącego w przeszłość rzemiosła – preparatorem, na dodatek niewprawnym. Jego stwórcze aspiracje, nie poparte wiedzą i doświadczeniem, przekładają się na bylejakość tworów, które tylko udają egzotyczne ptaki. Co więcej: mamy także u Jachimowicza obraz manekina, powtórzonego, sztucznego człowieka. Zadziwiające są inne jeszcze zbieżności, na przykład zestawienie zawartego u Schulza opisu wnoszonego przez matkę półmiska z Ojcem-stawonogiem, „rakiem czy wielkim skorpionem” (Ostatnia ucieczka ojca, s. 328), z epizodem z relacjonowanej przez Jachimowicza facecji mistrza Fáby, mówiącej o rzeźniku, który wystawił na ganek talerze ze świeżą galaretą, a rano z każdego sterczała głowa żaby i „mrugała złotymi oczami”52.

Oczywiście, z uwagi na chronologię publikacji musi pojawić się pytanie: czy i kto za kim powtarza owe obrazy – Schulz za Jachimowiczem czy może jednak Jachimowicz za Schulzem? Trudno mieć pewność, ale wolno przypuszczać, że to Schulz mógł pozostawać pod wrażeniem sugestywnych opowieści Jachimowicza, niespisanych jeszcze, „historii mówionych”. Chociaż wspomnienia tego ostatniego ukazały się kilkadziesiąt lat, jakie minęły od wydarzeń, których dotyczą, a ich autor nie miał ambicji prozatorskich w takim sensie, w jakim miał je twórca Sanatorium…, to z pewnością doceniał atrakcyjność własnych przeżyć. Istotne jest jednak to, że Jachimowicz zdawał relację ze stanu rzeczy, opisywał świat, który go otaczał, był mu dany, podczas gdy Schulz statuował świat własny.

Ale doświadczenia Jachimowicza nie były z pewnością jedynym potencjalnym źródłem inspiracji dla autora Sklepów… Mogły natomiast stanowić jedno z ogniw łańcucha, jedną z warstw, jeden z geologicznych pokładów, na których zrodziła się Schulzowska wyobraźnia. Innym była rzetelna wiedza ornitologiczna.

Lwowscy „avifauniści”

W wieku XIX i na początku XX „historia naturalna”, w tym ornitologia, była w Europie prężnie rozwijającą się nauką; ukazywały się liczne publikacje, najczęściej opatrzone barwnymi planszami. Ornitologia była zarazem pasją wielu wysoko urodzonych, majętnych  amatorów, którzy nie szczędzili środków na finansowanie własnych kolekcji, a niejednokrotnie byli wysokiej klasy profesjonalistami, cenionymi w kręgach naukowych. Swoją fachowością mogli nawet konkurować z wiedzą uczonych. Takim przykładem był między innymi hrabia Włodzimierz Wodzicki (1816-1889), właściciel Kokrzwi pod Krakowem, samouk, twórca bogatej kolekcji ptaków, który dzięki swoim kompetencjom zyskał międzynarodową sławę i został przyjęty do wielu towarzystw naukowych. Był on między innymi autorem dziesięciotomowych Zapisków ornitologicznych (1868-1880).


45. Oba wykonał Schulz ołówkiem około roku 1930 na rewersach innych prac; znajdują się obecnie w Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza; są to: Nadzy starcy i kondor, szkic, 14,5 x 19 cm, ML K.177; Nadzy starcy i kondor,  16,6 x21 cm, ML K. 688.


46. Robert Looby łączy kucanie z technikami mistycznymi stosowanymi przez kabalistów, zaś kurczenie się (obie postawy często przyjmuje u Schulza Ojciec) z wstępną fazą tworzenia w kabale luriańskiej; zob. tenże, Mit Golema w twórczości Brunona Schulza, „Pamiętnik Literacki” 2007, t. XCVIII, z. 2, s. 98. O kabalistycznej symbolice ptaków wspominał Paweł Próchniak, „Ptaki zacierają…”, s. 24.


47. Nadmienia o tym fakcie w komentarzu do korespondencji Jerzy Ficowski – zob.: Bruno Schulz, Księga listów, s. 332. Obszernie opisuje to doświadczenie sam Jachimowicz w tomie wspomnień Mój Paryż nad Dunajem, czyli rozmowy z milczeniem, Wrocław 1991; pracownia mieściła się w domu Fábów, przy ul. Donatiego 7; jej oficjalna nazwa brzmiała bardzo poważnie: „Preparatornia Zoologiczna doktora Adolfa Lendla”, ale autor wspomnień pisał o tym miejscu jednoznacznie per „Dom Martwych Zwierząt”. Nb. Jachimowicz był, podobnie jak Schulz (i z pewnością wielu innych młodszych i starszych chłopców z epoki przed-telewizyjnej, a tym bardziej przed-komputerowej) miłośnikiem marek pocztowych; dostawał je m.in. od siostry Józefiny, która za chlebem wyjechała do Ameryki. O Jachimowiczu wspominam też w artykule „Dom Martwych Zwierząt”, „Polska Sztuka Ludowa. Konteksty” 2010, nr 2-3.


48. W miejscowej Powiatowej i Miejskiej Publicznej „Bibliotece pod Atlantami” we wrześniu 2006 roku otwarto  „Pokój Pamięci Mariana Jachimowicza” z ekspozycją obejmującą archiwum poety: publikacje (tomiki poetyckie i przekłady), rękopisy, fotografie (także wykonywane przez niego samego), wycinki prasowe itp.; zob.  http://www.naszesudety.pl/?p=artykulyShow&iArtykul=3170 [dostęp: 1 grudnia 2009 roku].


49. Ma to związek z prośbą o nadesłanie curriculum vitae Jachimowicza, potrzebnego w podjętych przez jego borysławsko-drohobyckich znajomych staraniach o pracę; zob.: B. Schulz, Księga listów, s. 178. Na marginesie: podstawę funkcjonowania bardzo licznych na przełomie XIX i XX wieku preparatorni stanowiło prywatne kolekcjonerstwo i myślistwo, które w okresie międzywojennym znacznie podupadło, co było konsekwencją zmian politycznych i kulturowych (przede wszystkim zubożenia arystokracji, która była główną dostarczycielką zamówień).


50. Marian Jachimowicz, Mój Paryż…, s. 136.


51. Tamże, s. 141.


52. Marian Jachimowicz, Mój Paryż…, s. 235.