Franz Kafka i Bruno Schulz: Karaluchy i krokodyle

Ewa Kuryluk

— W Drohobyczu każdy gestapowiec miał swojego Żyda — powiedział mi Alfred Schreyer, muzyk i uczeń Brunona Schulza, ostatni Żyd w mieście, którego ludność była w czerwcu 1941 w 40% żydowska. — Żyd żył, póki był z niego pożytek — ciągnął dalej. — Jeden był niewolnikiem dentystą, drugi niewolnikiem krawcem. A gdy zęby zostały naprawione, a garnitur uszyty, właściciel, który przy śniadaniu gawędził z niewolnikiem, przed obiadem brał pistolet i strzelał do niewolnika. — Tak zginął Bruno Schulz. Był własnością Feliksa Landaua, wiedeńskiego oficera gestapo, dumnego z tego, że prawdziwy artysta maluje bajkowe freski dla dzieci na ścianach ich pokoju. Zastrzelił właśnie dentystę, niewolnika oficera Karla Günthera, który w odwecie zabił strzałem w głowę Brunona Schulza 19 listopada 1942 roku. Pan Schreyer miał wówczas dwanaście lat i zapamiętał ten dzień, w którym nagle wybuchło to szczególnie zajadłe polowanie na Żydów, jako Czarny Czwartek. Mały Alfred mieszkał nieopodal miejsca, gdzie zginął Bruno Schulz — udało mu się przeżyć, bo matka nie wypuściła go z domu.

Polska awangarda literacka podziwiała Brunona Schulza. Był też wysoko ceniony przez lewicową inteligencję, w tym mego ojca Karola Kuryluka, redaktora lwowskich „Sygnałów” (1934–39), z którymi Bruno Schulz współpracował. W czasie okupacji hitlerowskiej ojciec działał w konspiracji i niósł pomoc prześladowanym Żydom. Była też próba ocalenia Brunona Schulza podjęta przez Zofię Nałkowską. Przygotowywano jego ucieczkę z Drohobycza i kryjówkę we Lwowie, skąd miał się przedostać do Warszawy. Tamtego Czarnego Czwartku Bruno Schulz miał już pewnie przy sobie „aryjskie papiery” i bochenek chleba.

Hitlerowcy zajęli Drohobycz bez walki. Zamieszkali wygodnie w pożydowskich domach, mieli niewolników do pracy. Planowali więc zostać na dobre i nie zniszczyli miasta. Nawet największa synagoga Galicji, za czasów radzieckich zamieniona w magazyn i doszczętnie zrujnowana, nadal stoi nieopodal Rynku, a na Floriańskiej 10 zachował się parterowy dom, jakby żywcem przeniesiony z wiedeńskiego przedmieścia, zajmowany do wejścia Niemców przez Schulza i rodzinę jego owdowiałej siostry.

Drohobycz, obecnie na Ukrainie i znów równie łatwo osiągalny jak przed II wojną światową, to nowy cel podróży na literackiej mapie Europy. Odbywa się tam w maju międzynarodowy festiwal Brunona Schulza i zjeżdżają się jego badacze i miłośnicy z całego świata. Prozę Schulza dostępną bodaj we wszystkich językach czyta się wyjątkowo dobrze w angielskim przekładzie Celiny Wieniewskiej. Tłumaczka zdawała sobie sprawę z tego, że galicyzmy Schulza są nie do oddania w nowoczesnej angielszczyźnie, zrezygnowała z części latynizmów i miejscami uprościła zdania. W epoce, gdy po angielsku czyta pół świata, nikt nie przyczynił się do międzynarodowej sławy Schulza bardziej od Wieniewskiej, której przekład zebranych opowiadań Schulza pt. The Street of Crocodiles ukazał się po raz pierwszy w 1963 roku nakładem niewielkiego wydawnictwa amerykańskiego Walker & Co. Przekład Wieniewskiej przejął w 1977 roku Penguin i odtąd wznawia go regularnie, ostatnio tego roku, w swojej taniej i popularnej serii klasyków literatury. I słusznie. Trafiają się w różnych językach „zdrajcy” Schulza, tłumacze marni i pretensjonalni, utrudniający lub wręcz uniemożliwiający kontakt z jego prozą. Za to ma orędowniczkę w Wieniewskiej, która potrafiła oddać kunszt oryginału i uniwersalność przekazu, pozwalając odkryć pisarza równego Kafce.


Przekład autoryzowany z języka angielskiego Maryna Ochab.


Tekst ukazał się w amerykańskim magazynie „Moment”
(lipiec / sierpień 2008) z okazji wznowienia przez Penguin Classics opowiadań zebranych Brunona Schulza
The Street of Crocodiles and Other Stories (2008) w przekładzie Celiny Wieniewskiej, ze wstępem Jonatana Safrana Foera.

/////