Franz Kafka i Bruno Schulz: Karaluchy i krokodyle

Ewa Kuryluk

Ofiarą Przemiany jest Syn — dobry syn i żywiciel rodziny Gregor Samsa, przemieniony w karalucha i zabity przez rodzinę. U Schulza ofiarą jest Ojciec. Wyszydzany i w chorobie opuszczony przez wszystkich, usiłuje w agonii uciec od ludzkości i swojej degradacji, zamieniając się w ptaka. Jest to rzecz jasna skazane na niepowodzenie, ale jako ptaka zapamięta ojca pisarz: „Nawet ręce, silne w węzłach, długie, chude dłonie ojca, z wypukłymi paznokciami, miały swój analogon w szponach kondora. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, widząc go tak uśpionego, że mam przed sobą mumię — wyschłą i dlatego pomniejszoną mumię mego ojca. Sądzę, że i uwagi matki nie uszło to przedziwne podobieństwo, chociaż nigdy nie poruszaliśmy tego tematu. Charakterystyczne jest, że kondor używał wspólnego z moim ojcem naczynia nocnego”.

Nieudana próba metamorfozy nie zieje kafkowską grozą, ale sponiewierany Ojciec Schulza jest ofiarą tak samo jak Gregor Samsa, Syn zgładzony jak karaluch. Dwie przemiany napomykają o losach dwóch generacji i odzwierciedlają dwa momenty w historii. Doświadczenie z własnym ojcem wyostrzyło wizję Kafki na patriarchalną tyranię i jej konsekwencje, masową rzeź Synów wysłanych na wojnę przez pokolenie Ojców, wiekowych cesarzy, królów i carów. Bruno Schulz, dziewięć lat młodszy od Kafki, był świadkiem upadku Ojcowskich imperiów i objęcia rządów przez Synów: Stalina, Hitlera. Toteż Ojcowie, których u Schulza reprezentuje stary „lis” Franciszek Józef przemieniony w figurę z gabinetu woskowego, są ukazani w łagodniejszym świetle. Jakby nie było, należą do generacji ojca Jakuba, śpiącego kondora i człowieka „Księgi”, jak zwie się u Schulza Stary Testament. Po odejściu Ojców scena stoi otworem dla Syna Krokodyla i jego ofiary, Syna zbitego psa i masochisty.

„Ulica krokodyli” naprawdę istniała. Tak nazwał Schulz główną ulicę Drohobycza, gdy stała się centrum handlowym, skromnym i dyskretnym jak na dzisiejsze normy, lecz w istocie tak samo zapchanym tandetą i pornografią sprzedawaną przez ludzi bez skrupułów, żądnych zysku za wszelką cenę. Toteż mnożą pokusy, wymyślają nowe strategie, nęcą klientów sztuczkami i fantastycznymi przemianami. Co zaczyna się w Ulicy krokodyli od zakupów, kończy się konfuzją i korupcją: „Pokazywało się wówczas, że magazyn konfekcji był tylko fasadą, za którą kryła się antykwarnia, zbiór wysoce dwuznacznych wydawnictw i druków prywatnych. Usłużny subiekt otwierał dalsze składy, wypełnione aż pod sufit książkami, rycinami, fotografiami. Te winiety, te ryciny przechodzą stokrotnie najśmielsze nasze marzenia. Takich kulminacyj zepsucia, takich wymyślności wyuzdania nie przeczuwaliśmy nigdy”.

Na tym nie koniec metamorfozy. Antykwariat przemienia się w rodzaj peep−show, a subiekci i panienki sklepowe zabawiają klientów, demonstrując „figury i pozycje rycin okładkowych”. Odwrócone do nich tyłem, „przystawały w eleganckim kontrapoście, przestępowały z nogi na nogę, grając kokieteryjnym obuwiem, przepuszczały z góry na dół po smukłym ciele wężową grę członków, atakując nią spoza swej niedbałej nieodpowiedzialności podnieconego widza, którego ignorowały. Tak cofano się, wsuwano w głąb z wyrachowaniem, otwierając wolną przestrzeń dla aktywności gościa”.

W Ulicy krokodyli działa już nowoczesna machina reklamowa. Kusi nabywcę fantazmami, podnieca seksualnie, gra na infantylnych apetytach i zachłanności dorosłych, wciąga w sztuczną nową rzeczywistość, „cienką jak papier” i urzekającą jak ekran przesłaniający rzeczywistość. Na „ulicy krokodyli” nie obowiązują żadne zasady i odbywa się bezustanne „niwelowanie granic i hierarchii”, dzięki czemu możemy się pławić do woli „w płytkim błocie wspólnoty, łatwej intymności, brudnego zmieszania”. Co za raj dla „krokodyli” czyhających na nas.

W Kolonii karnej opisuje Kafka współczesnego potwora. Zatrudniony w obozie zagłady tak się zakochał w obsługiwanej przez siebie maszynie do zabijania, że prędzej sam się nią zlikwiduje, niż zaniecha pracy. U Schulza zawiaduje Sanatorium Pod Klepsydrą, dokąd trafił Ojciec, Dr Gotard (od niemieckiego Gott, „Bóg”), prekursor Godota u Becketta.